28 grudnia 2010

Podsumowanie tygodnia - 16tdMD*

Tydzień nieco wydłużony, ponieważ (głownie w wyniku komplikacji około-świątecznych) pierwszy trening biegowy wypadł dopiero w środę, a ostatnie w poniedziałek bieżącego tygodnia.

Poniedziałek
Pływanie, 44 długości basenu (25 m), tj. 1100 m w 31:18

Środa
3 x 1600 m (1 min. RI**)
Zakładane tempo interwałów wynosiło 4:43-4:48/km. Z dwóch powodów nie udało się go utrzymać. Po pierwsze był to pierwszy trening biegowy po długiej przerwie - muszę przyznać, że trochę to bolało. Po drugie, śnieg w Parku Raszyńskim był rozjeżdżony, przez co biegało się jak po plaży, co oczywiście nie pozostało bez wpływu na utrzymywanie tempa. Najbliżej byłem za pierwszym razem (5:00/km), potem było już nieco gorzej (5:59 oraz 5:42/km). Ale biorąc pod uwagę, że przy drugiej rundzie chodziły mi po głowie myśli, żeby trzecią w ogóle odpuścić (trochę bolało, jak już wspomniałem), i tak jestem zadowolony. Łączny pokonany dystans: 5,0 km.

Sobota
9 km run: 3 km easy,3 km @ ST, 3 km easy
W międzyczasie (od środy) nastąpiła (częściowa) odwilż, po czym wrócił mróz, przez co w miejsce rozjeżdżonego śniegu pojawił się lód. Na szczęście spadł też śnieg, który w ciągu dnia został udeptany przez spacerowiczów, dzięki czemu wieczorem warunki do biegania były całkiem przyzwoite - doskonale sprawdziły się tu buty trailowe. Tym razem bez niespodzianek - wszystko zgodnie z planem. Łączny czas przeznaczony na pokonanie 9 km to 53:30

Niedziela
Trening siłowy (22:24). Ten element dopiero teraz na stałe wplotłem (a właściwie wplatam) do swojego cyklu treningowego. W przyszłości zapewne zacznę wykonywać bardziej ambitne ćwiczenia, ale póki co "zadowalam" się zestawem treningowym (nieco zmodyfikowanym na swoje potrzeby) podpatrzonym na bieganie.pl.

Poniedziałek
13 km @  MP + 19 sec/km (5:59/km)
Mimo, że tempo spokojne, nie przyszło mi pokonanie tych 13 km bez trudu. Jednak wciąż czuć zbyt długą przerwę, a przede wszystkim rozpoczynanie planu bez żadnego "wstępu". Summa summarum średnie tempo pokrywa się dokładnie z zakładanym.

Podsumowując ciężko, ale zarazem dobrze jest wrócić do treningów, zwłaszcza tych składających się na dobrze skomponowany plan.

*16 tygodni do Maratonu Dębno **Recovery Interval

26 grudnia 2010

Sezon drugi

I od czego tu zacząć... skoro wreszcie mam chwilę czasu by napisać coś więcej, niż trzy zdawkowe zdania?

Na początek o tym co było...
Była przerwa w treningach - zdecydowanie (bo dwa razy) dłuższa niż pierwotnie planowałem. Miało być trzy tygodnie tzw. "luzu" i przez te trzy tygodnie wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie. Ale wówczas nastąpiło coś, co można by nazwać "kumulacją". Przez trzy tygodnie trzy kilkudniowe (od dwóch do pięciu dni) spotkania (maści różnorodnej) w firmie, w tym dwa za granicą (Czechy i Niemcy), prawie cztery tysiące kilometrów (zazwyczaj liczę przebiegnięte, te oczywiście były za kółkiem), a na dokładkę dwa artykuły do napisania w związku z doktoratem (jeden i tak musiałem w końcu "odpuścić"). Więc gdybym w tym czasie próbował jeszcze biegać - niechybnie bym zwariował.
Na dodatek, przez te sześć tygodni prześladowało mnie jakieś "komunikacyjne fatum" - dwie pany* (w pierwszym przypadku dziura była taka duża, że trzeba było specjalny kołek sprowadzać, w drugim trzeba już było w ogóle oponę wymienić), w tym przyjemność wymiany koła na poboczu niemieckiej autostrady (TIR mi trójkąt rozjechał), stłuczka (nadal uważam, że to nie moja wina, a przynajmniej nie całkowita, ale nie byłem w stanie tego udowodnić) oraz dwa mandaty. A wszystko to w okresie gdy nie biegałem, związek przyczynowo-skutkowy widać jak na dłoni, wniosek może być tylko jeden: biegać, biegać i jeszcze raz biegać (czyli tak ze trzy razy w tygodniu)...

A zatem teraz o tym co będzie...
Wydłużona przerwa sprawiła, że przygotowania do wiosennego maratonu musiałem rozpocząć bez tzw. luźnego wstępu i od razu rozpocząć realizację planu. Aby nie uniknąć jakichkolwiek niejasności napiszę, że na wiosnę zaplanowałem udział w maratonie w Dębnie, zaplanowany (co nawet potwierdzono w ostatnich dniach na oficjalnej stronie zawodów - wcześniej bazować można było jedynie na kalendarzu imprez PZLA, bo Dębno to w końcu Mistrzostwa Polski w maratonie) na dziesiąty dzień kwietnia przyszłego roku. Pozostało zatem jedynie szesnaście tygodni (w tej chwili już nawet piętnaście), a taki właśnie czasookres przewidywał plan, który postanowiłem realizować.
Ten program to FIRST Marathon Training Program For Novice (przyjąłem wersję dla początkujących, bo choć debiut mam już za sobą, za doświadczonego maratończyka wciąż się nie uważam).
Program opiera się na zasadzie Run Less, Run Faster (trenuj mniej, biegaj szybciej) i przewiduje jedynie trzy treningi biegowe w tygodniu (czyli intensywność, którą stosowałem do tej pory) jednakże uzupełnione o dwie dodatkowe aktywności fizyczne (to trzeba będzie wcisnąć w kalendarz, ale i tak będzie to łatwiejsze niż "upchnięcie" choćby jeszcze jednego treningu biegowego) - ja planuję basen i trening siłowy. Realizacja programu przebiega w ten sposób, że podczas każdej jednostki treningowej pracuje się nad innym "parametrem" - szybkością, tempem lub wytrzymałością- a dla różnych intensywności treningowych przewidziane są różne tempa biegu i są to odpowiednio: tempo spokojne (Easy) maratońskie (Marathon Pace), tempo na dystanse krótkie (Short Tempo), średnie (Mid Tempo) i długie (Long Tempo) oraz tempa na odcinki interwałowe (od 200 do 2000 m). Tempa przyjmuje się na podstawie czasu uzyskanego na dystansie 5 kilometrów. Ja jednak poszedłem trochę "pod prąd" - przyjąłem oczekiwany czas ukończenia maratonu (wciąż stoi przede mną wyzwanie "złamania" 4 h) oraz odpowiadające mu tempo (ok. 5:40), w stosownych tabelach odnalazłem odpowiadający mu czas na dystansie 5 km (24:35) i dopiero wówczas odszukałem pozostałe tempa, ostatecznie przyjmując:
Easy - 5:50-6:306:15/km
Marathon Pace (MP) - 5:30-5:50
Long Tempo (LT) - 5:20-5:30
Mid Tempo (MT) - 5:10-5:20
Short Tempo (ST) - 5:00-5:10
2000 m - 4:49-5:00 1600/2000 m - 4:55-5:05
1200/1600 m - 4:43-4:48 1000/1200 m - 4:50-5:05
800/1000 m - 4:37-4:42
600/800 m - 4:33-4:36 4:40-4:55
200/400 m - 4:22-4:32 4:30-4:45
Pierwszy tydzień z szesnastu zaplanowanych już prawie za mną (szczegóły wkrótce) - jak będzie wyglądać realizacja, a zawłaszcza jakie będą jej wyniki pokaże przyszłość. Życzę sobie zatem powodzenia.

PS. Pod choinką znalazłem również prezenty "biegowe", ale w końcu sam do koszyka wkładałem...

*Dla czytających spoza Wielkopolski - chodzi o przebite opony, czyli popularne "gumy"

22 grudnia 2010

Powtórny powrót

Trudno to nazwać "bezbolesnym powrotem do treningów", tak jak i formę trudno zaklasyfikować jako zbliżoną do optymalnej, ale udało się - wyszedłem dziś pobiegać!
Zwykle unikam jak mogę "buziek" w postach, ale dziś, z tej radości, zrobię wyjątek: :-)

12 grudnia 2010

Priorytety...

Stephen R. Covey pisał jednej ze swoich książek (nie pamiętam już w której, ale czytałem aż dwie, więc bardzo możliwe, że wspominał o tym  w obu) o szczególnych okresach, w których jedne dziedziny życia stają się na tyle istotne, że trzeba nieco "zaniedbać" inne. Właśnie to spotkało mnie w ostatnich kilku tygodniach. Niespotykane zmasowanie wyjazdów służbowych, dodatkowo dosyć dalekich bo do Niemiec, Czech i znów do Niemiec, oraz obowiązki związane ze studiami spowodowały, że musiałem nieco przedłużyć swoje posezonowe roztrenowanie. Do tego stopnia, że musiałem zrezygnować z wczorajszego biegu GP Poznania, ponieważ w tym czasie słuchałem wykładu swojego promotora (a tak chciałem wziąć udział we wszystkich biegach)
Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że uda mi się włożyć buty do biegania nie wcześniej niż po 15 grudnia. Przygotowania do maratonu przyjdzie mi zatem rozpocząć niemalże z biegu (sic!), bo według planu pierwszy trening przypada na 21 grudnia (zobaczymy co na to gorączka przedświąteczna). Mam nadzieję, że nie "oklapłem" za bardzo przez ten okres quasi-przymusowego nieróbstwa...

1 grudnia 2010

Powrót do formy?

Po trzech tygodniach totalnego lenistwa (miało być bez biegania, ale aktywnie – lecz przeszkodziły tzw. okoliczności i zabrakło motywacji) założyłem dziś znowu buty do biegania. Zerwałem się wcześnie rano w czeskim hotelu, w którym akurat przyszło mi nocować, i posilony dwoma batonami musli i kilkoma łykami izotonika ruszyłem na tzw. miasto. Chyba musiałem stanowić nie lada atrakcję dla marznących w oczekiwaniu na autobus autochtonów. Miałem też szczęście, że w nocy nie dosypało śniegu i nie musiałem brodzić w nim po kolana. Gdybym prze łożył to na popołudnie mogłoby być naprawdę „wesoło” (dawno nie jechałem po autostradzie, na której nie było widać nawierzchni, jak dziś po południu). W sumie, jak na początek, wyszło tego biegania ok. 4,2 km. I dopiero, gdy pośniadaniu wsiadłem do samochodu, zorientowałem się jak zimno jest na dworze – a było osiem kresek poniżej zera (przypomnę, że ogólnym założeniem jest bieganie przy temperaturze nie niższej niż -10°C).
Ładnie się zaczyna ta biegowa zima – zobaczymy co będzie dalej…

21 listopada 2010

Wszystkie Ryśki to porządne chłopy...

Ryszardowi Grobelnemu gratulujemy Poznańskiego (półtora) Maratonu i świetnego wyniku w wyborach: 49,24 wg sondażu Gemini telewizji WTK.
Dodam tylko, że gdybym nie biegał zapewne zagłosowałbym tak samo jak zagłosowałem.

A Ty, czy spełniłeś swój obywatelski obowiązek?

18 listopada 2010

Krok po kroczku, krok za krokiem...

Wszystkich Świętych i Święto Zmarłych dawno już za nami a ja jeszcze żadnej gwiazdkowej* kolędy nie widziałem w telewizji (a może przegapiłem - faktem jest, że zaniżam i do dosyć znacznie średni dzienny czas spędzany w narodzie przed szklanym przepierzeniem). Co gorsza, na tzw. Fejsie rozpoczęcie sezonu wałkowania piosenki Last Christmas zaplanowane jest "dopiero" na pierwszy grudnia. No jak nic święta się spóźniają w tym roku.

Mała dygresja - pamiętacie dowcip o rozmowie przedświątecznej dwóch blondynek**?
- Słyszałaś? W tym roku wigilia wypada w piątek.
- O bosze (sic!), mam nadzieję, że nie trzynastego.

Na szczęście jeden z portali dla biegaczy czuwa i już przygotował pierwszą z trzech części propozycji na "podchoinkowe" (i nie tylko, bo po drodze mamy jeszcze 6.12, a wtedy, w zależności od regionu, trzeba grzebać pod poduszką, w bucie i gdzie tam jeszcze) prezenty dla amatorów przebierania nogami. Nam nie pomoże to w wybieraniu podarków dla najbliższych, o ile nie należymy do tych szczęśliwców, którzy dzielą swoją pasję z mężem, żoną czy kuzynem, ale może warto zostawić, niby to przypadkiem, przedmiotową stronę otwartą na ekranie komputera.
Z podanego zestawu propozycji najbardziej spodobał się portfel na ramię z saszetkami na żele energetyczne. Chociaż, to prezent raczej na tę cieplejszą część roku. Na drugim miejscu umieściłbym zestaw czapka - rękawiczki - odblask. Ciekawy pomysł stanowią też pakiety z gratisem w formie torby świątecznej. Tylko dlaczego nikt nie pomyślał o najprostszym i najbardziej odpowiadającym na aktualne potrzeby biegacza upominku - bonie zakupowym do znanej sieci ze sprzętem sportowym?
A Wy, co ze wskazanej listy widzieliście by pod swoją "panną zieloną"?

*W pierwszym odruchu chciałem napisać "bożonarodzeniowej" ale to właśnie komercja tak skutecznie pozbawia te święta (a zwłaszcza czas oczekiwania na nie) ich właściwego im ducha.
**Aby uniknąć nieporozumień, darzę blondynki wielką atencją - dwie witają mnie, gdy wracam do domu.

15 listopada 2010

Weekend dwóch rekordów - cz. 2

Tak oto musiał minąć tydzień i kolejny weekend (kolejny długi), abym zasiadł wreszcie do opisywania drugiej części rekordowego weekendu. Ale tak to już bywa z długimi weekendami, zwłaszcza jeśli zaczynają się w środę po południu. Cofnijmy się zatem do wydarzeń z niedzieli, 7 listopada...

Półmaraton ten (Kościański, Szósty, Międzynarodowy) zaczął się szczególnie, nie tylko dlatego, że Małżonka postanowiła mi towarzyszyć. Zdecydował o tym fakt (w głównej mierze też o wspomnianym towarzystwie), że w Kościanie mamy rodzinę, do której udaliśmy się zaraz po odebraniu pakietu startowego (w którym znajdował się miedzy innymi... dyplom ukończenia biegu, z wolnym miejscem na nazwisko). Od progu przywitało mnie zapytanie Ciotki Ewy, co ja będę jadł i czy mam jakąś specjalną dietę. Posilony ulubionym daniem tramwajarza (choć w Kościanie nie ma tramwajów), czyli kanapką z "szyną" (a nawet dwoma) i herbatą mogłem czynić przygotowania do samego biegu. Na start udali się ze mną wspomniana Ciotka Ewa i jej syn, a mój przyszywany kuzyn, Mikołaj - Dziewczyny miały dołączyć na krótko przed spodziewanym czasem mojego pojawienia się na mecie. Przed startem ustawiłem jeszcze wirtualnego partnera w Gremlinie, by prowadził mnie na czas 1:45 (asekuracyjnie ustawiłem dystans 22 km), starter dał sygnał i ruszyliśmy na trzy pętle (i jeszcze kawałek) po siedem kilometrów każda.

Pierwsza pętla - 0:35:18

Na początku było dosyć tłoczno, co poskutkowało tempem ok. 5:30 na pierwszym tysiącu metrów. Dalej udawało mi się utrzymywać tempo nieco poniżej pięciu minut na kilometr. Najbardziej zaskakujące na pierwszym okrążeniu było to, że na każdym kroku spotykałem Ciotkę Ewę i Mikołaja - wiadomo autochtoni. Mikołaj powiedział mi później, że gdybym biegł tak, jak oni chodzili, wygrałbym na pewno. Wraz z innymi biegaczami udało nam się ustalić przyczynę faktu, że Pani Parasolka zwykle przybiega jako jedna z ostatnich. Fakt jest taki, że wszyscy biedną panią Marię pozdrawiają i zagadują, ona się biedna musi odwzajemniać (wiadomo - dama) - i jak tu oddechu pilnować, no jak?
Na końcu okrążenia ustawiony był punkt odżywczy, a może raczej nieodżywczy, bo ku mojemu (pewnemu) zdziwieniu, oprócz wody i ciepłej herbaty nie uświadczyliśmy ani izotoników, ani czegoś "na ząb" (kawałka czekolady, banana czy chociażby kostki cukru). Ale cóż było robić, biegło się dalej.

Druga pętla - 34: 34

Pierwsza połowa drugiego okrążenia okazała się nieco (niewiele, ale) wolniejsza - tempo wahało się między 5:00 a 5:06/km. Silnym czynnikiem motywacyjnym dostarczonym w okolicach dziesiątego kilometra okazało się obejrzenie pleców elity. Nie to, żebym ich dogonił - rzecz jasna zostałem zdublowany. Udawało mi się utrzymywać dobre, równe tempo ale czułem, że kontrolka paliwa za chwilę zacznie świecić. Zbyt optymistyczne założenia odnoście punktów odżywiania zaczęły odciskać swoje piętno. Jednak póki co, biegłem jednak dalej.

Trzecia pętla (i kawałek dodatkowy) - 35:28

Na początku zwolniłem by się napić. Czułem też coraz bliższy koniec pokładów energii i przez chwilę zacząłem wątpić w sukces w realizacji ambitnych planów. Na szczęście w sukurs przyszli kibice, z którymi wychodzi się dobrze nie tylko na zdjęciu - Mikołaj zaopatrzył mnie w Snickersa (mam nadzieję, że nie dlatego, że wyglądałem jak własna babcia). Nadzieja i wiara wróciła. Nie odeszły nawet wtedy, gdy między osiemnastym a dwudziestym kilometrem przyszedł kryzys. Udało mi się zwalczyć go z sukcesem głownie dzięki (wzajemnemu) wsparciu współbiegaczy oraz oczywiście kibiców. Sił wystarczyło jeszcze na dosyć mocny finisz. Czas na mecie wg wskazań Gremlina 1:45:22 (brutto 1:45:49) - o włos a udałoby się złamać barierę 1:45. Ale jako sukces zapisuję sobie poprawienie życiówki o trzy i pół minuty.
Na mecie odebrałem całkiem ładny (acz z błędem ortograficznym) medal i zostałem jeszcze (nie do końca świadomie) sfotografowany z wirtualnym znajomym, którego nie rozpoznałem w tzw. realu, czyli Kubą. Jak się później okazało Kuba i Mikołaj są kolegami z czasów licealnych.

Po powrocie do "bazy" pozostało mi jeszcze oddać cześć najlepszym kibicom na świecie czyli Ciotce Ewie i Mikołajowi. Do Ciotki Ewy powędrował wspomniany wcześniej dyplom - za duchowe ukończenie biegu oraz najlepsze na świecie kibicowanie.

I tak zakończyłem swój sezon biegowy 2010. Teraz czas na odpoczynek, a może przyjdzie i czas na odrobinę podsumowań.

9 listopada 2010

Weekend dwóch rekordów - cz. 1

Dwa dni, dwa biegi, dwa rekordy - choć słowo "rekordowy", jak się za chwilę przekonamy, może mieć różnorakie znaczenia.

Pierwszym sobotnim sukcesem było to, że w ogóle dotarłem nad Rusałkę, gdzie miał odbyć się pierwszy bieg z cyklu II Grand Prix Poznania w biegach przełajowych. Pospałem dosyć długo jak na ostatnie standardy (powinienem może napisać: Mała wstała dosyć późno), ale powitała mnie niemiła nowina. Otóż moja Ślubna obudziła się z bólem gardła i wszystko wskazywało na to, że i tym razem na mnie spadnie obowiązek pójścia z dzieckiem na zajęcia na basenie. Zjadając śniadanie, nie chcąc pogodzić się z tą myślą, że przepadnie mi kolejny bieg GP (nie to, żebym nie lubił chodzić z córką na basen) zacząłem myśleć... i wymyśliłem. Załatwiłem wsparcie w osobie znanej dobrze w poznańskim świadku muzycznym Celiny K., której nawiasem mówiąc muszę kupić tabliczkę dobrej czekolady.

Nad Rusałkę zatem dotarłem, a radość z tego faktu musiała być wymalowana na mojej twarzy, bo nawet pan wydający mi numer w biurze zawodów (a propos, udało mi się zachować swój numer z poprzedniej edycji, czyli 21, za co gorąco dziękuję organizatorom) skomentował mój szeroki uśmiech. Otuchy dodawała też pogoda, która w końcu dopasowała się do trwającego miesiąca - jak jest listopad, to ma być mokro i zimno, a nie piętnaście stopni o szóstej rano, jak jeszcze dzień wcześniej (mam nadzieję, że wyczuliście lekką ironie, której nijak nie da się niebezpośrednio wyrazić na piśmie). Przed biegiem jeszcze kilka wolnych uwag zamienionych ze znajomymi, drużynowa fotka, jako że (jak już wcześniej zapowiadałem) zadebiutowałem w tym biegu w czerwonej koszulce Drużyny Szpiku i ruszyli(śmy)...
Przy czym ja ruszyłem powoli i wcale nie "najpierw". Moim założeniem było ukończyć ten bieg na całkowitym luzie, najlepiej nie wychodząc z pierwszego zakresu. To pierwsze się udało, drugie nie - mimo, że średnie tempo biegu wyniosło nieco ponad 6 min/km, tętno szalało w drugim zakresie momentami wkraczając nawet w trzeci. Czyżby to adrenalina (jednak) związana z zawodami? A może za ciepło się ubrałem (fakt, grzałem się w wiatrówce, którą spokojnie mogłem zostawić w samochodzie)? W każdym bądź razie, na całkowitym luzie dobiegłem do mety jako trzystaosiemdziesiąty zawodnik spośród czterystu dziewięciu, którzy bieg ukończyli, z czasem 0:30:20 i tym samym ustanowiłem rekord w najwolniejszych 5 km (oczywiście na zawodach, bo zakładam, że na treningu raz czy dwa udało mi się pokonać ten dystans jeszcze wolniej). Na szczęście na bicie rekordów szybkości powinna nadarzyć się jeszcze nie jedna okazja - wszakże do końca GP zostało jeszcze siedem biegów z "kawałkiem".

cdn...

8 listopada 2010

Reebok Premier SF Ultra KFS VII

Test męskich butów do biegania Reebok Premier SF Ultra KFS VII

Przedmiot i charakter testu
  • Model: Reebok Premier SF Ultra KFS VII, męskie
  • Przebieg: ok. 235 km, w tym 32 Maraton Warszawski
  • Gdzie testowane: głownie nawierzchnie utwardzone typu: asfalt, beton, kostka brukowa, ale również drogi leśne i parkowe
  • Warunki pogodowe podczas testu: buty testowane w okresie letnio-jesiennym (od sierpnia do października), w zakresie temperatury od +3 do +25°C, zarówno w warunkach suchych jak i wilgotnych
Wrażenie ogólne

Na pierwszy rzut oka buty wyglądają nieco… „kosmicznie” (to chyba najczęściej używane słowo, przez naprawdę wiele osób, przy pierwszej ocenie butów), głównie z uwagi na charakterystyczną „harmonijkę” umieszczoną pod pietą, a także elementy z przezroczystego plastiku na środku podeszwy oraz na pięcie.
Po pierwszym założeniu buty doskonale opinają stopę i dają poczucie lekkości. Nieco myląca jest zaniżona (o ok. pół numeru), w stosunku do innych firm, numeracja obuwia.

Cechy biomechaniczne

Amortyzacja

Podeszwa wykonana przy wykorzystaniu systemu DMX Shear jest umiarkowanie miękka pod piątą i dosyć twarda w obrębie śródstopia. Dodana przez konstruktorów buta warstwa specjalnie uformowanego tworzywa sztucznego zapewnia doskonałą, a przy tym „nienachalną” (nie ma uczucia biegania po gąbce) amortyzację i pozwala cieszyć się komfortowym bieganiem, zwłaszcza na twardym podłożu.

Stabilizacja

Sprężysta podeszwa zapewnia komfortowe przetaczanie stopy i pozwala nadać stopie odpowiedni kierunek przy wybiciu z palców.

Cechy użytkowe

Dopasowanie cholewki

Początkowe wrażenie doskonałego opięcia stopy, w moim przypadku, niestety mijało w miarę pokonywanych kilometrów. O ile nie przyłożyłem odpowiedniej staranności przy sznurowaniu butów, momentami odnosiłem wrażenie, że biegam w zbyt dużych butach (dotyczy to zwłaszcza przedniej części stopy). Po pokonaniu ok. 200 km dodatkowo pojawił się problem obtarć prawej pięty (czyli stopy, którą de facto mam nieco krótszą).

Dynamika

Mimo opisanych powyżej problemów z dopasowaniem, należy podkreślić, że but daje poczucie lekkości oraz doskonale sprawdza się przy wykonywaniu szybszych odcinków.

Przyczepność

W początkowym okresie użytkowania, przy szybszym tempie, podeszwa traci przyczepność na mokrym podłożu. W późniejszym okresie problem znika (można powiedzieć, że podeszwa wymaga „dotarcia”).
Uformowanie bieżnika sprawia, że dostaje się do niego duża ilość małych kamyków – w rowku pod pietą „udało” mi się raz przynieść do domu ćwierć orzecha włoskiego.

Wodoodporność

Buty nie zostały wykonane jako wodoodporne, zapewniają jednak komfort przy bieganiu w warunkach umiarkowanie wilgotnych. Nie miałem niestety okazji sprawdzić butów przy intensywnych opadach atmosferycznych.

Oddychalność

Konstrukcja buta zapewnia dobrą wentylację stopy i komfort termiczny.

Ogólnie butom Reebok Premier SF Ultra KFS VII można wystawić mocną „czwórkę”- jest to solidny sprzęt, bez fajerwerków ale odpowiadający na podstawowe potrzeby biegacza. Poleciłbym go jednak amatorom biegania z wyższych kategorii wagowych, a przede wszystkim o wyższym łuku stopy.

Opis techniczny buta

Reebok Premier SF Ultra KFS VII to obuwie, które gwarantuje idealną amortyzację i stabilizację w każdych warunkach. Wprowadzony w tym bucie system DMX Shear zarządza uderzeniami przyjmowanymi na stopę oraz spowalnia i rozkłada horyzontalnie siłę uderzenia pięty. Przy zetknięciu z podłożem system absorbuje część uderzenia i pozwala stopie na kontynuację ruchu. Dzięki technologii DMX Shear ochronisz swoje stopy przed bolesnymi przeciążeniami, a nawet kontuzjami.
Test przeprowadzono dla portalu eTrampki.pl

5 listopada 2010

Tu biec, or nat tu biec

Mam dylemat - z jednaj strony chcę już iść spać po dosyć męczącym dniu, z drugiej mam nieodpartą ochotę napisać tutaj coś więcej niż  te dwa zdania wczoraj... Zmuszę się, bo w obliczu rozpoczynającego się weekendu, muszę się odnieść do poprzedniego, czego przez trzy i pół dnia nie-weekendu nie udało mi się zrobić. Otóż stwierdziłem, że długie weekendy są do... niczego. Niepotrzebnie wybijają człowieka z rytmu, a czasem "po" poziom zmęczenia jest wyższy niż "przed". Spójrzmy na miniony trzydniowy weekend w aspekcie biegania: gdyby nie to, że wyszedłem w piątek wieczorem nie byłoby go w ogóle, bo (jak to w weekend) zabrakło czasu. No dobra, jakby było trochę więcej samozaparcia zapewne by się udało. Ale się nie udało i wyszło na to, że ostatni dłuższy trening przed półmaratonem, zamiast w niedziele, ostatecznie miał miejsce we wtorek. Summa summarum wyszło na to, że był to nie tylko ostatni dłuższy, ale ostatni trening w ogóle, o czym pisałem już wczoraj.

A jutro i pojutrze zamknięcie sezonu i pierwsza przymiarka do następnego, bo tak by trzeba potraktować jutrzejszy bieg GP Poznania, który będzie jednocześnie moim debiutem w koszulce Drużyny Szpiku. Ale esencją weekendu (wyjątkowo nie długiego) będzie oczywiście Półmaraton w Kościanie. Waham się tylko jaką strategię przyjąć - kusi mnie by spróbować dobiec na 1:45, ale jakiś głos wewnętrzny (anioł czy diabeł?) podpowiada, że nie jestem w szczytowej formie i można by nieco poluzować. I co tu robić - rzeczywiście potraktować ten start bardziej rekreacyjnie, czy jednak działać w myśl zasady "jak spaść, to z wysokiego konia"? A może przyjąć tzw. "złoty środek" pobiec np. na 1:50 i, o ile sił stanie, przyspieszyć pod koniec?

Tak czy inaczej, od poniedziałku urlop od biegania.

4 listopada 2010

Mało c(z)asu

Mało casu (sic!) kruca bomba... Dziś zabrakło go nawet na przedostatni trening (luźny, bo luźny - ale zawsze) przed półmaratonem w Kościanie (już w niedzielę) - ostatnim będzie pierwszy bieg II Grand Prix Poznania w biegach przełajowych (oczywiście w tempie treningowym).

27 października 2010

Świat w żółtym kolorze

Miałem ostatnio dylemat - napisać tu coś, czy pójść pobiegać? Zgadnijcie co wybrałem... Generalnie ostatnio wciąż na coś brakuje mi czasu - oto blaski i cienie bycia młodym rodzicem. Na szczęście bieganie jakoś daje się jeszcze upchnąć - czasem trzeba poczekać, aż Mała padnie, czasem trening przesunąć, ale jakoś idzie.

A ostatnio w moich treningach zrobiło się żółto. I mam tu na myśli nie tylko dominujący kolor liści w pobliskim Raszyńskim Parku czy też Marcelińskim Lasku. Sam przebieg treningów się "zażółcił". Tym, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, przypomnę, że obecnie testuję plan treningowy wygenerowany na stronie miCoach, w którym tzw. trzeci zakres (czyli wytrzymałość biegowa w trzecim zakresie wytrzymałości, w skrócie WB3) oznaczony jest właśnie kolorem żółtym. I właśnie ten kolor (który de facto jest moim ulubionym) stanowił sporą cześć planu na poszczególne dni. W piątek były cztery takie "kawałki", po pięć minut każdy i każdy poprzedzony pięcioma minutami w drugim zakresie (zielona strefa). Całość treningu (godzina bez pięciu minut) dopełniło pięć minut na początku i dziesięć na końcu w strefie niebieskiej (pierwszy zakres).
Kolor żółty "załapał" się także na niedzielne długie wybieganie. No właśnie - dotąd długie wybieganie oznaczało dla mnie długi (nazwa skądś się przecież wzięła) ale mało intensywny trening. A tu proszę - w sto dziesięć minut wpleciono pół godziny, w dwóch ratach po kwadransie, w żółtej strefie.
I tylko we wczorajszym, najbardziej typowym dla tego planu (trzy kwadranse - dwa w niebieskiej i jeden w zielonej strefie), treningu nic z żółci nie było. Za to, choć relatywnie krótkie, dłużyło mi się to wczorajsze bieganie jak nigdy dotąd...

Również wczoraj miałem spotkanie (służbowe) z (jak się okazało w jego trakcie) żoną maratończyka. W związku z powyższym wymieniliśmy kilka uwag - np. na temat tego, że ludzie pytają o miejsce zajęte w maratonie. A chyba nikt, poza szeroko rozumianą elitą, nie przywiązuje do tego większej wagi. Ja jednak mam wrażenie, że mnie częściej pytają na ile kilometrów był TEN maraton. A jakie są wasze doświadczenia - częściej pytają was o miejsce, na którym dobiegliście do mety, czy o dystans maratonu, który ukończyliście (lub zamierzacie ukończyć)? A może usłyszeliście jeszcze inne niekonwencjonalne pytania?

20 października 2010

Cztery kwadranse w stolicy

Niezbyt często wybieram się na spotkania na Ścieżkach Biegowych. Odpowiedź na pytanie "dlaczego?" jest dosyć prosta - wolę biegać sam. Ale gdy zastanawiam się gdzie pójść pobiegać podczas pobytu w obcym mieście, wchodzę najpierw na stronę internetową ścieżek właśnie. Wczoraj, w związku z podróżą służbową, chciałem pobiegać w Warszawie. Wprawdzie kiedyś komuś obiecałem, że gdy będę w stolicy, wybierzemy się na wspólny trening, ale nie miałem do dyspozycji za dużo czasu i zależało mi również na tym, by nie przebijać się przez całe miasto. Padło więc na Las Bródnowski. W założeniu chciałem kilka razy przemierzyć wytyczoną ścieżkę ale nawet gdy ma się ją w głowie, przy braku oznaczeń, a w dodatku w nowym miejscu, stanowi to dosyć trudne działanie. Z założenia miało być zatem tak:
A wyszło tak:
Cztery okrążenia w trzy kwadranse - teoretycznie miało być 15 minut w pierwszym zakresie, a5 minut w drugim i znowu 15 minut w pierwszym. Ale wyglądało to tak, że na okrągło Gremlin "krzyczał", że tętno za wysokie. Pytanie czy to nogi takie szybkie miałem wczoraj, czy serce, pozostaje dla mnie otwarte.

A jak już jesteśmy przy bieganiu w stolicy, nie sposób wspomnieć o wydarzeniu organizowaną przez Ścieżki, przy wydatnej pomocy chyba najaktywniejszego w tym zakresie producenta sprzętu sportowego, czyli firmę Nike. Ta impreza to Biegowy Kwadrans. W niedzielę w Parku Skaryszewskim, na dystansie na którego pokonanie potrzeba około kwadransa, czyli 3 km, o miano najbardziej rozbieganej warszawskiej uczelni rywalizować będą żacy z Uniwersytetu, Politechniki, SGH oraz SGGW.
I znowu zazdroszczę Warszawie nieszablonowego biegowego przedsięwzięcia. Najpierw biegali między budkami telefonicznymi, a teraz to. Nie miałbym nic przeciwko analogicznej rywalizacji w Poznaniu - chętnie bym się przekonał, gdzie lepiej biegają na Uniwersytecie Adama Mickiewicz, Przyrodniczym, Ekonomicznym, czy może na "mojej" Polibudzie. Nic to, że swojej nogi (sic!) bym pewnie do tego nie przyłożył, bo doktoranta, czyli osobnika o całkowicie nieokreślonym statusie na uczelni (ani to student, ani pracownik naukowy), i tak by zapewne nie dopuścili.

18 października 2010

Treningi udane i nie

Temat gadżetów powraca. Nie da się ukryć, że pulsometr, który czuwa nad prawidłowym przebiegiem treningu to duże ułatwienie. Gorzej gdy zaczynamy polegać na nim za bardzo. Głupio się przyznać, ale wczoraj przydarzyło się to właśnie mnie. W planie (czyli w m.in. w Gremlinie) miałem godzinę i czterdzieści pięć minut - dziesięć minut w pierwszym zakresie na początek, pięć na zakończenie i półtorej godziny w drugim zakresie w środku. Na początku szło dobrze, choć niedzielny poranek do najcieplejszych nie należał. W ciągu pierwszych dziesięciu minut dotarłem do Lasku Marcelińskiego i "wkroczyłem" na pięciokilometrową pętlę. Pokonałem pierwszą, uzupełniłem płyny, potem drugą, znowu uzupełniłem płyny... i gdy odkładałem butelkę, nacisnąłem nieopatrznie przycisk "lap". Mój Gremlin uznał zatem, że zakończyłem drugi etap treningu a ja trochę zgłupiałem. Mogłem przecież pobiec dalej, a zacząłem się zastanawiać: zwalniać czy nie. No bez sensu, zupełnie bez sensu. Stanęło na tym, że te ostatnie pięć minut przebiegłem ignorując bezczelnie alerty pulsometru, że niby biegnę za szybko. A ponieważ w przypadku zdefiniowanych wcześniej treningów stoper sam się zatrzymuje, to, gdy już do tego doszło, wyzerowałem go i pobiegłem dalej, choć teraz już nieco wolniej. Z tego wszystkiego zamiast 10 + 90 + 5 wyszło 10 + 52 + 7.
Nauczka na przyszłość? Dwie: po pierwsze uważać na przyciski (podwójna, bo na maratonie w Warszawie też, sam nie wiem jak i kiedy, "udało" mi się spauzować stoper), po drugie Gremlin ma mi pomagać, a nie mną kierować (i będę to sobie powtarzał do znudzenia).

Na szczęście w środę (minioną oczywiście) plan treningowy udało się zrealizować w stu procentach. Zakłócał mi go jedynie miejscowy klub seniora (nie obrażając większości seniorów), który wybrał nie na spacer ze swoimi pieskami, zajmując całą ścieżkę, a pieski trzymając na krótkiej smyczy - tak (na przysłowiowe oko) ze trzy metry, dzięki czemu, podczas pierwszego z czterech sześciominutowych odcinków w trzecim zakresie, miałem bliższe (na szczęście nie za bliskie) spotkanie z owczarkiem szkockim długowłosym.

12 października 2010

Gadżeciarze

Kilka dni temu Midi na swoim blogu poczyniła posta na temat gadżetomani wśród biegaczy - co by nie mówić, coś w tym jest. Ale tak się jakoś atrakcyjnie złożyło, że tego samego dnia Fundacja Maraton Warszawski ogłosiła na swoich stronach wyniki konkursu, jaki towarzyszył zorganizowanej wspólnie z Timex'em ankiecie (której wyniki można zobaczyć tutaj) dotyczącej idealnego zegarka dla biegacza. Częścią owej ankiety była krótka wypowiedź dotycząca cech idealnego zegarka właśnie i to rzeczona wypowiedź trafiała pod obrady konkursowego jury. Jedna z trzech wyróżnionych wypowiedzi głosi, iż zegarek idealny
Powinien być jak dobry duch - wspierać mnie w biegu pozostając prawie niezauważalnym. Muszę wiedzieć, że mogę na nim polegać, ale nie musząc przy tym skupiać się na jego obsłudze. Chcę myśleć o biegu (i cieszyć się nim), a nie o zegarku.
 ... i jest mojego autorstwa!
Efekt? Dziś kurier dostarczył mi paczkę z następującą zawartością:
Prawda, że miło? Chociaż mamy tutaj mały paradoks, tudzież twardy dowód na to, że gadżeciaż ze mnie pełną gębą - otóż ten konkretny zegarek nijak ma się do moich biegowych potrzeb. Ale na basen, gdzie pomiar pulsu i GPS do niczego mi nie potrzebne, będzie jak znalazł!

A skoro już jesteśmy przy konkursach, gwoli kronikarskiej rzetelności, chciałbym zaprezentować niniejszym jak w zdobycznej koszulce prezentuje się jeden ze zwycięzców konkursu związanego z Festiwalem Biegowym, czyli Mateusz Kotarba z Brzeska.
A jeśli już o Festiwalu mowa, ruszyła już rejestracja do kolejnej edycji - dla najszybszych noclegi gratis, więc chyba warto podjąć tzw. szybką decyzję. Kto chętny? Ja ze względu na przyszłoroczne plany startowe raczej nie dam rady ale liczę, że kiedyś jeszcze do Krynicy zawitam (na marginesie dodam, że moje "krynickie" ambicje wykraczają również poza bieganie).

A co tam u Bartka w treningach? Przez ostatni tydzień słabo - zaliczyłem jedynie dwa wyjścia z pięciodniową przerwą. Częściowo sam przed sobą usprawiedliwiam się wydarzeniami związanymi z Poznańskim Maratonem, częściowo samopoczuciem, ale chyba po prostu dotyka mnie swego rodzaju rozprężenie po głównym starcie jesieni. Odpuszczać jednak nie zamierzam - na luzowanie przyjdzie pora po siódmym listopada. Przedtem nastąpi jednak mała zmiana planów, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi (zwłaszcza te drugie) wskazują, że w najbliższą niedzielę w Uniejowie się nie pojawię niestety. Rozważam zatem "zastępczy" start w Kole tydzień później, ale to jeszcze nic pewnego.

A na zakończenie ciekawostka - moja Latorośl opanowała dziś (i w oszałamiającym tempie czyni postępy) trudną sztukę samodzielnego chodzenia. Zapewne wkrótce zacznie również biegać, a tata do biegania po parku dorzuci bieganie za Córką...

PS. (13.10) Zapomniałem wspomnieć o pewnej historii związanej z 11 PM. Otóż Moja Ślubna spotkała na Expo w sobotę pewnego chustotatę (czyli tatę noszącego dziecko w chuście). W maratonie biegła małżonka owego mężczyzny. Jak się później dowiedzieliśmy tata dzielnie czuwał z latoroślą przy trasie maratonu i przetrwali mimo tego, że ten młody człowiek to, jak to sami rodzice przyznają, totalny "cycocholik" nie tolerujący butelki i do tej pory wytrzymywał bez dostępu do mleka mamy nie dłużej niż 3 godziny. Ja pozwoliłem sobie w tym miejscu na żarcik, że mama powinna w takim razie pobiec na wynik poniżej 3:00, ale wyobraźcie sobie, że biegająca mama wraz z wspierającym ją tatą, zaplanowali w związku z powyższym... pitstop na karmienie. Suma sumarum obeszło się bez pitstopu, ale i tak wieeelki (sic!) szacunek dla biegającej chustomamy!

10 października 2010

11 Maraton Poznański

Ostatni raz popełniłem ten błąd i nie pobiegłem w maratonie rozgrywanym w moim mieście. Jak długo będę biegał i będę "aktywny startowo" będę brał udział w Maratonie Poznańskim, jeśli nie po to, żeby pobiec na 100 % swoich aktualnych możliwości, to aby chociażby przetruchtać. A to nawet nie dlatego, że gdy wybrałem się dziś pokibicować startującym, smutno mi było, że ja nie biorę czynnego udziału w tym święcie biegania. Najgorsze było to, że wciąż wszystkim dookoła musiałem wyjaśniać dlaczego nie startuję...

Ale to, że nie pobiegłem, nie oznacza wcale, że nie uczestniczyłem w wydarzeniach "okołomaratońskich". Wczoraj, razem z Moimi Dziewczynami, wybraliśmy się na Expo w Arenie. Pokręciliśmy się między stoiskami, sprawdziłem sobie zawartość tłuszczu w organizmie (14,9 %, idealnie w środku normy), kupiłem opaskę na uszy na chłodne dni po okazyjnej cenie 15 zł i pod wpływem impulsu podjąłem decyzję, którą rozważałem już od jakiegoś czasu. Zawsze podobała mi się idea, by bieganie niosło za sobą coś jeszcze poza satysfakcją jaką z tego czerpię. Dlatego, gdy wczoraj wpadłem na stoisko Drużyny Szpiku, postanowiłem się dłużej nie wahać. Do domu wróciłem zatem z charakterystyczną czerwoną koszulką, w której wystartuję przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Wieczorem gościliśmy jeszcze Maćka, który przyjechał z Katowic by przebiec 42,195 km w Poznaniu. A zatem końcówka dnia również minęła pod znakiem biegania i trzyosobowego pasta party.

Dziś za to, również w towarzystwie Małżonki i Dziedziczki, wybrałem się do centrum celem udzielania się w roli kibica. W okolice opery dotarliśmy na kilka minut przed tym, gdy po raz drugi pojawiła się tam elita biegu. Moje towarzyszki szybko wybrały inne atrakcje wielkiego miasta, niż stanie i oklaskiwanie dorosłych ludzi biegających po ulicach w krótkich gaciach. Ale ja, doświadczywszy już wcześniej, jak ważne jest wsparcie kibiców, oklaskiwałem biegnących na miarę swoich możliwości, a niektórych starałem się motywować dodatkowo. Pomocne były w tym imiona wypisane na numerach startowych, choć nie zawsze były potrzebne. Gdy zagrzewałem do boju  Wojtka Staszewskiego, odpowiedział, że w sumie to on biegnie już tak na luzie - a biegł przed grupą z pacemakerem na 3:00! Większość z tych, których dopingowałem "imiennie" reagowała uśmiechem lub pozytywnym gestem, niektórzy zamieniali kilka słów (np. "nie wiem co ja tu robię") i tylko jeden jegomość niewysokiego wzrostu przyglądał mi się tak, jakbym był z innej planety - pewnie do tej pory zastanawia się skąd go znam...
Udało mi się też zrobić kilka zdjęć bliższym i dalszym znajomym. Wojtkowi B.,
Wspomnianemu wcześniej Wojtkowi S.,
Mateuszowi,
Oraz prezydentowi  naszego pięknego miasta

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że przez to całe zamieszanie z maratonem związane (choć nałożyły się też inne czynniki) przez cały weekend nie wyszedłem sam pobiegać...

4 października 2010

Jesień sezonu czy sezon jesienny?

Jak wygląda mieszanka bólu i radości? Mniej więcej tak (dla rozwiania wszelkich wszelkich wątpliwości - ja, to ten z lewej strony w pomarańczowej koszulce):
Aby zamknąć już temat 32 Maratonu Warszawskiego, nie mogę uznać niestety startu za udany, ale z drugiej strony cieszę się z kolejnego ukończonego biegu i z dumą dołączyłem kolejny medal i numer startowy do mojej małej kolekcji. Hasło przewodnie tego bloga pozostaje dla mnie wciąż jednak wyzwaniem, któremu muszę sprostać - choć ukończyłem dwa, nie mogę jeszcze powiedzieć, że przebiegłem cały maraton...

Wczoraj pierwszy raz od startu w Warszawie założyłem buty do biegania. Zrobiłem sobie krótki, acz intensywny trening, który określiłbym jako BNP (Bieg z Narastającą Prędkością)w pigułce. W pigułce, ponieważ trwało to jedyne 12 minut, a do prędkości maksymalnej dochodziłem przez dziewięć i pół. W funkcji tętna, tempa i czasu, przedstawia się to następująco:
Od jutra zaczynam natomiast przygotowania do Półmaratonu w Kościanie, który wybrałem jako imprezę na ostateczne zakończenie sezonu biegowego 2010. Przy tej okazji postanowiłem przetestować ofertę Adidasa dla biegaczy, czyli system miCoach. Nie, nie sprawiłem sobie kolejnej zabawki, ale zalogowałem się w odpowiednim serwisie i wygenerowałem sobie pięciotygodniowy plan.

Plany treningowe w serwisie miCoach opierają się na czterech strefach treningowych: niebieskiej, zielonej, żółtej i czerwonej. Trudno interpretować mi intencje, jakie przyświecały twórcom systemu, ale chyba można bez większego błędu przyjąć, że ww. strefy odpowiadają popularnym u nas zakresom, odpowiednio pierwszemu, drugiemu, trzeciemu oraz wytrzymałości tempowej. Wprowadziłem już przygotowany plan do mojego Gremlina i od jutra zamierzam rozpocząć jego realizację. Jakie będą tego efekty, zobaczymy siódmego listopada. Żałuje tylko, że nie ma możliwości eksportu treningu z Garmina do serwisu miCoach (ja przynajmniej takiej nie znalazłem), pozwoliło by mi to lepiej obserwować jak mają się plany do ich realizacji.

Przed startem w Kościanie planuję (o ile nie wystąpią tzw. nieprzewidziane okoliczności) start na 10 km w Uniejowie oraz, w przeddzień półmaratonu, "rekreacyjne" pokonanie 5 km w ramach II GP Poznania w biegach przełajowych. Zobaczymy, czy uda mi się utrzymać siebie samego w ryzach.

28 września 2010

Drewnialdo czyli czterdzieści halerzy - cz.2/2

Problemy z pulsometrem nie ograniczyły się do tych tuż przed startem, niestety. Przy pierwszym zatrzymaniu się na potrzebę fizjologiczną zorientowałem się, że zapomniałem (znowu mogę mieć pretensję tylko do siebie) wyłączyć opcję "autolap" i oczywiście pomiar czasu zatrzymał się razem ze mną. Po raz kolejny nastąpiło to w słynnym tunelu, po 25 kilometrze, z powodu utraty sygnału GPS (Gremlin uznał, że stoję) ale wtedy nie robiło mi to już większej różnicy, bowiem w okolicach kilometra 18-tego, z niewyjaśnionych bliżej powodów, również uruchomiła mi się pauza i zanim się zorientowałem pokonałem około tysiąca metrów. Zatem przez większość czasu stoper służył mi wyłącznie do monitorowania tempa.
Ale ja się skupiam na problemach sprzętowych a powinienem napisać coś o samym biegu.

W obliczu "utraty" obu pacemakerów starałem się sam utrzymywać odpowiednie tempo, czyli w okoicach 5:40 min/km. Zakładałem optymistycznie. że jesli uda mi się doścignąć baloniki z napisem 4:00, dalej pobiegnę już z nimi. I biegło mi się dobrze mniej więcej do Mostu Świętokrzyskiego (23/24 km). Na półmetku miałem czas ok 2 godzin, wiec wciąż jeszcze patrzyłem optymistycznie na drugą połowę dystansu. Wydawało mi się, że nawet jeśli nie złamię 4:00, to przybiegnę blisko tego wyniku. Jednak w okolicach wspomnianego wyżej mostu zauważyłem, że tempo mi spada, choć wkładam w poruszanie się taką samą ilość energii jak do tej pory. Do była dopiero zapowiedź moich kłopotów. Po wybiegnięciu z tunelu, w którym, dzięki śpiewającemu tam chórowi, panowała wręcz mistyczna atmosfera, złapał mnie pierwszy skórcz. Potem było juz tylko gorzej, tak że momentami musiałem przejść do marszu. W okolicach trzydziestego kilometra dogonili mnie pacemakerzy na 4:15. Spiąłem się wówczas raz jeszcze i pomyślałem, że powalczę choć o ten wynik. Wkrótce i oni zaczęli się ode mnie oddalać i zrozumiałem wówczas, że i o jakikolwiek poprawienie życiówki będzie ciężko. Mimo, że okres przygotowawczy przepracowałem o wiele lepiej (w moim subiektywnym odczuciu oczywiście) niż przed swoim debiutem w Krakowie, zderzenie ze ścianą było o wiele bardziej bolesne.
O ile dobrze pamietam, gdzieś między 32 a 33 kilometrem spotkałem Hankęskakankę. Wymieniliśmy opinię o tym, co nas boli, ale wbrew temu co Hania napisała na swoim blogu, moje dalsze poruszanie się do przodu trudno chyba nazwać biegiem, co najwyżej marszo-truchtem. Starałem się oczywiście jak najszybciej przebierać nogami, dzielnie znosząc towarzyszący temu ból. Parafrazując jeden z psalmów mesjańskich, mogłem policzyć wszystkie swoje mięśnie nóg. Dlatego co jakiś czas zmuszony byłem przechodzić do marszu, co nie zawsze wiązało się z ulgą. Dodatkowy zastrzyk energii otrzymałem dopiero, gdy w zasięgu wzroku znalazła się meta - gdy ją mijałem zegar wskazywał 04:27:35 (jak się później dowiedziałem, w moim przypadku odpowiadało to wynikowi 04:24:08 netto).


Najważniejsze - udało mi się dobiec. Przyczyny swoich problemów dopatrywać się mogę chyba (choc może nie tylko) w infekcji, z którą przez ostatnie dni walczyłem. Ale jak to ładnie ujęła Hankaskakanka, zdobyłem kolejną perłę (w moim wydaniu kolejne 20 halerzy) do korony, a ku bicieu życiówek jeszcze bedzie czas i okazja. Myślę, że najbliższa na maratonie w Dębnie, choć nie tym najbliższym. Zamierzam naprawdę porządnie przepracować tę zimę (choc przed nią jeszcze raz czy dwa wystartuję na niższych dystansach).

27 września 2010

Drewnialdo czyli czterdzieści halerzy - cz.1

Czego nauczył mnie 32 Maraton Warszawski? Chyba przede wszystkim pokory - nie tylko w stosunku do królewskiego dystansu, ale przede wszystkim do samego siebie i do swoich aktualnych możliwości. Jechałem do Warszawy tuż po wyleczeniu się z (lekkiego bo lekkiego ale zawsze) przeziębienia, a nawet z minimalnymi jeszcze jego pozostałościami - jechałem zatem z podejściem, "byle w miarę dobrej formie przebiec". Ale chyba sam sobie tak tłumaczyłem - gdzieś z tyłu głowy ciągle siedziało mi "złamać czwórkę". A chyba powinienem złamać, ale tą myśl. Nie zrobiłem tego i zapłaciłem za to dosyć drogo. Ale może po kolei...

Zanim o samym biegu, myśl bardzo pozytywna - stając na starcie kolejnych zawodów niezwykle miło jest spotkać znajomych z innych biegów, nawet jeżeli uda się jedynie wymienić szybkie "cześć" i "powodzenia". Miło też jest poznać nowych, jak np. kolegę z Krakowa, który biegł z flagą Tybetu, a o którym dowiedziałem się wcześniej od Małżonki, której z kolei na Chustoforum opowiedziała o nim jego żona. Nie sposób też wspomnieć o tym, jak miło spotkać wirtualnych do tej pory znajomych współbiegaczy, jak Hankęskakankę chociażby!

Po wymianie uprzejmości ze starymi i nowymi znajomymi, przyszło do samego biegu. A tu od początku wszystko szło jakoś nie tak. Zanim jeszcze ruszyliśmy Gremlin (jeśli jeszcze o tym nie wspominałem, to moja Ślubna "ochrzciła" tak Garmina 305 i się przyjęło) nie chciał mi złapać sygnału satelity, mimo że włączyłem go kilka minut przed startem. Nigdy wcześniej nie miałem takich kłopotów. Być może wpływ na tą sytuacje miała "zagęszczenie" tego typu urządzeń w najbliższej okolicy? Pierwsza z nauczek na przyszłość - uruchamiać pulsometr dużo wcześniej. Chciałem mieć możliwość nie uzależniania się całkowitego od pacemakera zapewnionego przez organizatorów i uruchomić wirtualnego partnera. A przez to małe zamieszanie tuż przed startem, wirtualnego nie zaprogramowałem (a mogłem to przecież zrobić już w domu) a realny mi uciekł. Pozostało mi zatem biec, polegać na własnych odczuciach i co-kilometrowych raportach z "autolapu". Wciąż jednak liczyłem na to, że biegnąc równo i spokojnie uda mi się zająca na to moje wymarzone 4:00 dogonić. Z jednej strony dobrze, że nie próbowałem robić tego za wszelką cenę. Z drugiej wiem dziś, że powinienem biec z którymś z wolniejszych (mądry Polak po szkodzie...).

CDN...

22 września 2010

Komitet ds. Odżywek Własnych

W życiu bym nie pomyślał, że ucieszę się na wieść o związaniu jakiegokolwiek komitetu. A jednak...
Jakiś czas temu Mateusz z run.blog.pl zaoferował mi, że na trasie Maratonu Warszawskiego może podać mi odżywki (tu należy zwrócić uwagę na jeden z puntów regulaminu: Na trasie 32. Maratonu Warszawskiego nie będzie punktów z odżywkami własnymi zawodników). Chętnie na propozycję przystałem. Niestety dziś okazało się, że Mateusza wzywają inne ważne sprawy - aczkolwiek nie pozostawił mnie samemu sobie, informując o niejakim Komitecie ds. Odżywek Własnych (w skrócie KOW, nie mylić z "głupi kaowiec"). Instytucja mi całkiem nieznana, zaglądam zatem do Internetu i cóż się dowiaduję:

Grupa KOW zorganizuje 3 punkty z odżywkami własnymi, które będą zlokalizowane na 11-tym, 24-gim i 35-tym kilometrze trasy i nazwane są odpowiednio KOW11, KOW24 i KOW35.
Odżywki własne oznaczone numerem zawodnika będzie można zostawiać w specjalnych styropianowych lub kartonowych pudłach w okolicy Biura Zawodów w miejscu oznaczonym KOW wyłącznie w sobotę 25 września br. w godz. 12.00-20.00 (będą one przechowywane w pudłach styropianowych z zamrożonymi wkładami lodówkowymi - prosimy o zastosowanie się do prośby o zamykanie pudła pokrywą). Odżywki należy oznaczyć dokładnie wg instrukcji za pomocą naklejek KOW i opisać markerami KOW. Zaleca się, aby zrezygnować z oryginalnych opakowań napojów energetyzujących lub szczelnie zaklejać je taśmą papierową lub foliową.
KOW11 będzie usytuowany przy KS Polonia.
KOW24 będzie usytuowany na zbiegu z Mostu Świętokrzyskiego (po prawej stronie).
KOW35 będzie usytuowany na Solcu pod mostem kolejowym.
Przed punktami odżywek własnych będą rozstawione tablice formatu A3 informujące o zbliżaniu się do tego punktu - osoby, które będą korzystały proszone są o wcześniejsze informowanie obsługi poprzez podniesienie ręki. Odżywki będą wydawane osobom tylko i wyłącznie na podstawie numeru startowego umieszczonego w widocznym miejscu.
Odżywki na stołach będą wstępnie posegregowane wg numeru zawodnika i ustawione w odpowiednich "sektorach". Obsługa KOW dołoży wszelkich starań, aby podać odżywkę do ręki zawodnika.
Grupa KOW zobowiązuje się do posprzątania ze wszelkich butelek trasy w okolicy swoich punktów z odżywkami i pozostawienia worków ze śmieciami do wywiezienia Organizatorowi.


Trzeba przyznać, że inicjatywa ze wszech miar godna podziwu - skorzystam z miłą chęcią i ogromną im wdzięcznością (sic!).

Zainspirowany działaniami komitetu przestudiowałem na szybko regulamin Poznańskiego Maratonu. Nie znalazłem tam informacji, że nie będzie możliwości pozostawienia na trasie odżywek własnych zawodników, ale nie znalazłem też informacji, aby taka możliwość była. Komitetu już raczej nie uda się zorganizować, ale o ile się znajdą chętni ja swoją skromną osobą służę pomocą w podawaniu odżywek na trasie 11 Maratonu Poznańskiego.

19 września 2010

Druga fala

Na siedem dni przed planowanym startem stanąłem przed nie lada dylematem. Niestety po ośmiu dniach "smarkania" katar nie odpuszcza, a nawet uderzył drugą falą i nabrał na intensywności. Wygląda na to, że aby się z nim ostatecznie rozprawić trzeba będzie wziąć dwa dni wolnego i naprawdę odpocząć. Tyle tylko, że...
Zakładając (optymistycznie), że do czwartku uda mi się stanąć na nogi, to czy jest sens z biegu (cóż za ironiczne, w moim niezbyt szczęśliwym położeniu, określenie) mierzyć się z dystansem 42,195 km? Nie wydaje mi się to zbyt dobrym pomysłem. Chyba jednak lepiej będzie potraktować dwa ostatnie tygodnie jako "niebyłe", wrócić do realizowanego planu w miejscu, w którym go przerwałem i wystartować w Maratonie Poznańskim. Ewentualnie mógłbym skorzystać z planu Powrót do formy po przerwie z portalu Bieganie.pl. A Wy, co myślicie?

W każdym bądź razie wygląda na to, że trzeba będzie zacisnąć zęby i odżałować maraton w stolicy (w tym wniesioną już opłatę) i wpisać do kalendarza 33 Maraton Warszawski. Sęk w tym, że jeśli nadal chcę myśleć o Koronie Maratonów Polskich, to w przyszłym roku trzeba będzie przebiec dwa maratony w odstępie nie czterech a dwóch tygodni. To będzie trudne... ale da się zrobić!

A moje buty do biegania tak smętnie spoglądają na mnie z kąta, z którego już przeszło tydzień się nie ruszały...

16 września 2010

A co ja lubię?

Gdy otrzymałem od Avy zaproszenie do blogo-psycho-zabawy, zaczęły mną targać mieszane uczucia. Z jednej strony coś mnie pociąga w tych "wyliczankach", które blogerzy sobie wzajemnie podrzucają. Z drugiej, mam permanentne uczulenie na tzw. "łańcuszki" (w każdej formie, choć najbardziej wkurzają mnie te z psełdopomocą dla chorych dzieci). Nie chcąc zatem wyjść na drewniaka, a jednocześnie nie robić nic wbrew sobie, postanowiłem zrobić to, co zrobił współ-blogo-biegacz Bober, znalazłszy się w analogicznej sytuacji, czyli pominąć ostatni punkt następującego przepisu:
  1. Napisz, kto przyznał Ci tę nagrodę. [patrz wyżej]
  2. Wymień 10 rzeczy, które lubisz.
  3. Przyznaj tę nagrodę 10 innym blogerom i poinformuj ich komentarzem
A zatem ja, osobą swą lubię następujące rzeczy (kolejność nie do końca przypadkowa):
  1. Biegać - (nie)banalne stwierdzenie na blogu biegacza, prawda?
  2. Nie mieć kataru - to tak na czasie, bo właśnie spełnia się na mnie w 100% powiedzenie o czasie trwania kataru leczonego/nie leczonego (niepotrzebne skreślić), a "niemanie" kataru wpływa pozytywnie na realizację samego siebie w punkcie pierwszym.
  3. A propos "biegam" i "lubię" - słuchać Trójki - zawsze i wszędzie, choć najchętniej i najczęściej w samochodzie. Jestem Trójkomaniakiem odkąd na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu Trzeciego była Bogurodzica, czyli odkąd pamiętam.
  4. Książki - nie tylko czytać. uwielbiam ich zapach i dotyk. Niektóre kupuję nie po to by przeczytać, ale po to by mieć (choć oczywiście nie wykluczam, że kędyś przeczytam). Marzy mi się pokój, w którym wszystkie ściany będą zasłonięte regałami z książkami...
  5. Komiksy - wbrew powszechnym stereotypom. Moje ulubione serie to Dilbert i Usagi Yojimbo. A propos tego drugiego,
  6. Japonię - fascynuję mnie ta kultura, szczególnie etos samuraja. W moim salonie stoi replika japońskiego miecza, a kiedyś połączę ten punkt z pierwszym i pobiegnę w maratonie w Tokio.
  7. Kabaret Potem - i kabaret w ogóle. Ale Potemy, chyba już zawsze będą moim numerem jeden.
  8. Seriale telewizyjne - brzmi banalnie? A jednak raz na jakiś czas któryś mnie wciąga. Teraz wprawdzie nie mam kiedy telewizji oglądać, ale ostatnimi czasy miałem "hopla" na punkcie Scrubs'ów (w polskiej wersji Hożych Doktorów), a niestety nikt jeszcze nie wpadł by ten serial wydać w Polsce na DVD.
  9. Tzw. filmy dla facetów - takie jak Gladiator, Waleczne Serce czy Szeregowiec Ryan. Coś musi tkwić w tej męskiej duszy, bo choć nie znoszę przemocy (w żadnej z form) na scenach walki serce mi skacze.
  10. Uśmiech mojej córki - gdy się pojawia, poprzednie dziewięć punktów jakby blednie...
A Ty, który to czytasz, jeśli chciałbyś naisać gdzieś (niekoniecznie na blogu) swoją listę, czuj się zaproszony!

12 września 2010

Przypowieść o biegaczu

Z niedzielnych rozmów pewnego małżeństwa:
ON - Powiedz, że jutro nie będę już miał kataru...
ONA - Nie będziesz miał jutro kataru.
ON - Powiedz, że we wtorek będę mógł znowu pobiegać...
ONA - Będziesz miał jutro katar!

Tak, wciąż mi nos przecieka, ale z nadzieją patrzę w najbliższe godziny i ufam, że we wtorek choć potruchtać mi się uda.
I tak to jest z tym planowaniem. W poniedziałek, opierając się na artykule z ostatniego numeru Biegania, ułożyłem sobie założenia na ostatnie trzy tygodnie przed startem w maratonie. Choć zakładają one stopniową redukcję kilometrażu, na kończący się właśnie tydzień miał przypadać o jeden trening więcej niż zazwyczaj (czyli cztery). A udało mi się zrealizować jedynie 3-kilometrówki (cztery ich było, przeplatanych 3-minutowym truchtem, w sumie 13,5 km) w środę (też zresztą pierwotnie planowane na wtorek). Ból gardła, który nagle pojawił się w piątek rano, oraz katar, który szybko poszedł mu w sukurs, skutecznie przekreśliły pozostałe biegowe plany i nie tylko (popsuły mi również zabawę na wczorajszym weselu Eweliny i Maćka). Ot, nie wiesz biegaczu, kiedy... niezaplanowane wydarzenia i okoliczności nie pozwolą ci realizować tego, coś z takim pietyzmem zaplanował.

A tak z innej beczki, to dziś przypada 2499 rocznica bitwy pod Maratonem.
Wielu twierdzi, że upłynęło już okrągłe dwa i pół tysiąclecia, ale na pozór proste równanie matematyczne:
490 + 2010 = 2500
zawiera pewien błąd logiczny, który spowodował również dyskusję na temat tego, kiedy zaczął się wiek 21-wszy. A mianowicie, roku zerowego nie było. Czyli w 1 r.p.n.e. minęło 489 lat od bitwy, w 1 r.n.e 490 lat, a dwa kolejne tysiące dziewięć lat później (czyli dziś), jak nie trudno policzyć, lat 2499. Dwa i pół tysiąca lat od pamiętnego starcia upłynie zatem dopiero 12 września 2011 roku, a szkoda, bo to będzie poniedziałek i małe szanse na zorganizowanie dużego biegu maratońskiego. W tym roku, na nieokrągłą rocznicę, "załapał" się np. Maraton Wrocławski.

10 września 2010

Konkurs, konkurs i po świętach

Tak naprawdę święta dopiero się zaczną. A właściwie to wielkie święto biegania, czyli zaplanowany na najbliższe dwa dni Festiwal Biegowy Forum Ekonomicznego. A my (czyli wspomniany fundator nagród i ja), w wigilię tego wiekopomnego wydarzenia, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami zapowiedziami (wprawdzie nie w stu procentach zgodnie, bowiem obiecałem rozwiązanie konkursu w godzinach popołudniowych a mamy już wieczór - ale liczę na wyrozumiałość, gdyż mam dzisiaj urodziny i zona wyciągnęła mnie po... buty dla dziecka, miedzy innymi) ogłaszamy wyniki losowania w naszym konkursie.
Ale zanim to nastąpi (i tak wiem, że co bardziej niecierpliwi czyli zdecydowana większość, od razu przewinie na dół strony) winien jestem podanie prawidłowych odpowiedzi na konkursowe pytania. Mógłbym wprawdzie z tego zrezygnować, gdyż praktycznie wszystkie nadesłane odpowiedzi były prawidłowe, ale gwoli wierności zasadom nie zrezygnuję. Wróćmy zatem do pytań:

1. Największy w Polsce, Maraton Poznański świętuje właśnie swoje dziesięciolecie. Ile osób wzięło udział w pierwszej edycji zawodów w 2000 roku?
Metę pierwszej edycji Poznańskiego Maratonu przekroczyło 761 biegaczy, jak również 29 rolkarzy i 2 osoby na wózkach (źródło).

2. 37 Maraton Dębno, podczas którego rozgrywane są Mistrzostwa Polski w Maratonie, odbędzie się w tym roku (wyjątkowo) 24 października. Jaki jest tradycyjny termin rozgrywania zawodów?
Oficjalne mistrzostwa naszego kraju w maratonie, rozgrywane są od 1969 roku (dla amatorów dostępne od lat 80-tych ubiegłego stulecia) zawsze w pierwszą niedzielę kwietnia - o ile Wielkanoc nie wymusi przesunięcia zawodów o tydzień (źródło: Staszak, K., Staszewski, W., Żakowska, M., Biegaj z nami, Agora SA, 2010).

3. Maraton Warszawski rozgrywany jest od 1979 roku (nawiasem mówiąc, świetny rocznik). Jaką nazwę nosił podczas swej pierwszej edycji?
Maraton Warszawski, który za dwadzieścia dni będzie świętował te same urodziny, które ja świętuję dziś, w swej pierwszej edycji nosił nazwę odpowiadającą "duchowi" czasu, czyli Maratonu Pokoju (źródło).

A teraz klu programu - spośród osób, które nadesłały prawidłowe odpowiedzi generator liczb losowych wskazał dwoje zwycięzców, do których powędrują nagrody. A owi szczęśliwcy to (poproszę o tusz):
Danuta Śmietana z Krakowa oraz Mateusz Kotarba z Brzeska

Nagrody prześlemy pocztą. Zwycięzcom gratulujemy, a wszystkim dziękujemy za wspólną zabawę!

6 września 2010

Miejskie bieganie

Jednym z patentów na długie wybieganie, którego (obok biegania po szosie, które testowałem w Trzebiatowie) postanowiłem spróbować, jest bieganie po mieście. Na miniony właśnie weekend miałem zaplanowaną najdłuższą przed maratonem "przebieżkę", czyli ok. 30 km. A ponieważ wyszło mi z obliczeń, że gdy pobiegnę z domu do najbliższego punktu stanowiącego część jednej z pętli Maratonu Poznańskiego, przebiegnę ową pętle i wrócę, to pokonam właśnie ok. 30 kilometrów, postanowiłem tak właśnie zrobić.
Rzecz jasna pętli tutejszego maratonu i pólmaratonu zarazem nie udało mi się pokonać dokładnie tą trasą, jaką przebiega w rzeczywistości. Nie wszędzie obok jest chodnik, a wprowadzania niebezpieczeństwa na drodze oraz ryzyka otrzymania za owo wykroczenie mandatu karnego nie zakładałem w swoich planach treningowych. Dlatego też za Rondem Rataje, miast udać się na tzw. Trasę Katowicką skierowałem się w ulicę Piłsudskiego. Przy Jeziorze Maltańskim stanąłem też przed dylematem czy biec prosto ulicą abpa Baraniaka, czy też obiec jezioro. Zdecydowałem się na to drugie rozwiązanie z uwagi na możliwość napełnienia źródlaną wodą opróżnionych już buteleczek z mojego pasa, zwiększenia "atrakcyjności" trasy poprzez przebiegnięcia miejsca, w którym znajduje się meta (pół)maratonu (a w którym wczoraj znajdowała się meta zawodów rowerowych) oraz nieznacznego wydłużenia trasy. W swoich obliczeniach co do długości byłem bardzo bliski prawdy, bo choć nabiegałem nieco ponad 29 km, to gdybym doliczył dystans przemierzony podczas rozgrzewki, a którego tradycyjnie nie wliczam do kilometrażu treningu, osiągnąłbym na pewno dystans z "trójką" z przodu.
Co do biegania po ulicach miasta, ma ono oczywiście woje wady i zalety. Na pewno bieganie w towarzystwie samochodów do przyjemnych nie należy. Nie ma natomiast "problemu" z monotonią biegania po "pętli" (chociaż zawsze można znaleźć odpowiednio długą pętlę w terenie).
Konieczność zatrzymywania się na światłach można postrzegać zarówno in plus, jak i in minus. Trening tempowy zabiłoby to od razu, ale gdy od tempa ważniejszy jest czas trwania wysiłku, nie przeszkadza to już tak bardzo. Można też ten moment wykorzystać na spokojne uzupełnienie płynów (a propos, słyszeliście jaka jest różnica między sportowcami a "normalnymi" ludźmi? - ludzie piją, sportowcy uzupełniają elektrolity i pierwiastki śladowe...) lub np. spożycie żelu energetycznego. Konieczność zatrzymywania się "na czerwonym" pozwoliła mi również przetestować opcję autopauzy w moim pulsometrze (ustawiłem na "zatrzymanie się") - moja obserwacja jest taka, że stoper zatrzymuję się kilka sekund po zarzynaniu, a włącza z powrotem praktycznie natychmiast po ponownym ruszeniu. Może to nieco zakłamywać rzeczywisty czas biegu, ale chyba lepsze to niż konieczność ciągłego wstrzymywania i uruchomiania stopera (właściwie można przecież czas postoju wliczyć w czas treningu), że o konieczności pamiętania o tej czynności nie wspomnę.
 Bieganie po ulicach miasta, można też tak zaplanować, aby uniknąć ryzyka pokusy skrócenia sobie treningu (nie wiem jak u was, ale u mnie przy 20+ km takowe się zdarza) i oddalić się tak daleko od domu, że w pewnym momencie nie pozostaje już nic innego jak... wrócić.

A jak wyglądały pozostałe moje treningi w minionym tygodniu? We wtorek nogi rwały mi się do biegu. Postawiłem zatem na szybkość. I mało zabrakło abym pobił swój rekord na dystansie 10 km. Udało mi się natomiast pobić ten w biegu godzinnym, bowiem właśnie w tym czasie pokonałem 11,98 km, co dało średnie tempo 5:01/km (wiem, że nawet niektórzy z odwiedzających ten blog w takim tempie biegają pierwszy zakres, ale dla mnie to granica drugiego i trzeciego).
W piątek, po dziesięciu minutach powoli, godzina w optymistycznym tempie maratonu - "optymistycznym", bo 5:30/km a i tak zapewne przez większość trasy pobiegnę z zającem na 4:00.

Dzisiejszy dzień  możemy uznać za początek tzw. okresu wyostrzenia przed startem (czy też tapperingu). Zarówno najnowsze Bieganie jak i Runner's World poświęcają uwagę temu zagadnieniu, zatem być może skorzystam nieco z zawartej tam wiedzy i zmodyfikuję jeszcze nieco założenia treningowe na najbliższe 21 dni.

31 sierpnia 2010

Awitaminozą jesień się zaczyna

Po tygodniu "luzowania" (w piątek raz jeszcze byłem na basenie - 15 km w ok. 40 min) w niedzielny poranek zdecydowałem się na powrót na ścieżki. Miało być weekendowe wybieganie ale też nie chciałem za bardzo "szarpać" z odległością. Założyłem sobie zatem plan minimum 20 km. Ale moje kłopoty zaczęły się jeszcze zanim budzik zadzwonił. W środku nocy, we własnym łóżku... załapał mnie skurcz. Wyobrażacie sobie? Ja rozumiem, na 30-tym kilometrze maratonu, ale w łóżku? Na szczęście nie przeszkodziło mi to zebrać się na trening, a zebrałem się i wybrałem nad Maltę. Pomyślałem sobie, że cztery okrążenia wokół jeziora będą akurat (wyszłoby w okolicach półmaratonu). I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że pod koniec trzeciego poczułem, że jeśli się nie zatrzymam, to mogę mieć poważne kłopoty z końcowym odcinkiem układu trawiennego. Nie chciałem ryzykować i "skończyło" się na 16,3 km. Martwiłem się, ze te kłopoty to skutki spożywania podczas biegu żelu energetycznego. Na szczęście dla żelu a na nieszczęście dla mnie okazało się, że to szerszy kłopot i dzięki temu większość niedzieli spędziłem w łóżku, a niemałą też część tam, gdzie król piechotą chadza. Na domiar złego jęczmień mi się na oku zaczął robić. Nieszczęścia chodzą trójkami czy jak? I tak niedzielny trening, jak i cały dzień wypadł jak da wycieczka zakładowa, o której swego czasu śpiewał w łódzkiej Przechowalni Artur Andrus:


Dzisiaj było już dużo lepiej. Ale o tym napiszę już następnym razem...

29 sierpnia 2010

Spodziewana niespodzianka

Sezon na festiwale powoli się kończy. Ale jeślibyście mieli chęć na jakiś się wybrać, zdecydowanie polecam Festiwal Biegowy Forum Ekonomicznego, który odbędzie się w dniach 11-12 września w Krynicy Zdrój. Jak podają organizatorzy na stronie festiwalu w portalu Facebook (nie zapomnijcie kliknąć "Lubię to!"), Festiwal Biegowy Forum Ekonomicznego będzie jednym z największych wydarzeń sportowych w Europie Środkowo – Wschodniej.
Zapowiada się zatem nie lada gratka dla amatorów biegania. Ja niestety w tym roku nie będę mógł zawitać do Krynicy (w tym samym terminie czeka mnie trening wydolnościowy nóg oraz układu trawiennego, czyli wesele), ale za rok, kto wie?

Tymczasem, wraz z organizatorami Festiwalu chciałbym zaprosić czytelników bloga do konkursu, w którym nagrodami (ufundowanymi właśnie przez organizatorów Festiwalu) są dwa zestawy sportowe. W skład każdego z nich wchodzi między innymi torba sportowa, koszulka oddychająca oraz bidon.
Konkurs rozpoczyna się w dniu 29 sierpnia i potrwa do 9 września. Losowanie nagród odbędzie się w przeddzień rozpoczęcia festiwalu, czyli 10 września - lista trzech szczęśliwców zostanie podana do wiadomości ogółu tego samego dnia w godzinach popołudniowych. Aby wziąć udział w konkursie należy nadesłać odpowiedzi na zamieszczone poniżej pytania na adres konkurs-fbfe@monczynski.pl.
Wraz z prawidłowymi odpowiedziami wiadomość powinna zawierać imię i nazwisko, rozmiar koszulki oraz adres poczty tradycyjnej, na który, w przypadku szczęścia w losowaniu, zostaną przesłane nagrody.
Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na opublikowanie imienia, nazwiska oraz miasta zamieszkania na liście zwycięzców.

A teraz, gdy formalności mamy już za sobą pora przejść do meritum! Podczas Festiwalu zostanie m.in. rozegrany najtrudniejszy w Polsce bieg na dystansie 42,195 km, Koral Maraton. Start biegu znajduje się na wysokości 290 m.n.p.m. a najwyższy punkt  na wysokości 730 m.n.p.m. Biegaczy czeka ponad 30 kilometrowy podbieg! Nasze pytania dotyczyć będą nieco łatwiejszych, lecz nie mniej atrakcyjnych biegów maratońskich (tytuł bloga zobowiązuje...).

  1. Największy w Polsce, Maraton Poznański świętuje właśnie swoje dziesięciolecie. Ile osób wzięło udział w pierwszej edycji zawodów w 2000 roku?
  2. 37 Maraton Dębno, podczas którego rozgrywane są Mistrzostwa Polski w Maratonie, odbędzie się w tym roku (wyjątkowo) 27 24 października. Jaki jest tradycyjny termin rozgrywania zawodów?
  3. Maraton Warszawski rozgrywany jest od 1979 roku (nawiasem mówiąc, świetny rocznik). Jaką nazwę nosił podczas swej pierwszej edycji?
Z niecierpliwością oczekuję na odpowiedzi i życzę powodzenia!

25 sierpnia 2010

Dmuchanie na letnie

Wchodzę ostatnio na blogi zaprzyjaźnionych biegaczy (płci obojga), patrzę, i co widzę! Aż dwoje z nich pisze o tzw. "zmęczeniu materiału". Zgadnijcie co poczułem. Empatię... Tak, tak - dopadło i mnie. Na szczęście tylko miejscowo. Konkretnie to moje prawe kolano trochę nie domaga. Jeśli dobrze zinterpretowałem to, co wyczytałem w literaturze fachowej, doskwiera mi tzw. "kolano skoczka". Stan mojego stawu się nie pogarsza, a ból nie jest aż tak uciążliwy abym musiał bezwzględnie przerywać treningów. Niestety, mimo tego, że przykładam się mocno do rozciągania po każdym treningu, nie obserwuję również wyraźnej poprawy. Postanowiłem zatem działać, aby przypadkiem nie spotkała mnie jakaś bardzo przykra niespodzianka w końcowym etapie przygotowań do maratonu.

Klamka zatem zapadła. Postanowiłem zrobić sobie trochę wolnego od biegania. Brzmi okropnie, nieprawdaż? Od razu uspokajam, że nie oznacza to, jakobym zrobił sobie wolne od treningów. W miejsce treningów biegowych (co najmniej dwóch, jak będzie w weekend jeszcze się okaże) postanowiłem pójść na basen. Włączyłem też w swój program element, który (muszę się przyznać bez bicia) dotychczas zaniedbywałem, a właściwie wciąż odkładałem na bliżej nieokreśloną przyszłość, czyli ćwiczenia siłowe (zwłaszcza) na nogi - obecnie wykonuję zestaw znaleziony na Bieganie.pl.

Pierwsza od jakiegoś czasu wizyta na basenie miała miejsce wczoraj. Po błyskawicznej "rozgrzewce" (sześć basenów na przemian wolno i szybko) przeszedłem do realizacji planu "pływanie ciągłe" z założeniem, że potrwa między 30 a 45 minut. Wyszło (a właściwie wypłynęło) ok 32 minuty - byłoby więcej , ale nie wytrzymał... nos. Moje okulary do pływania mają sztywną część łączącą poszczególne elementy "przygałkowe", która zaczęła mnie już tak uwierać, że musiałem zdjąć okulary. I tak "stanęło" na pięćdziesięciu dwóch basenach, co z wspomnianymi wcześniej sześcioma długościami składa się na przepłynięte 1,45 km. Ciekawe czy efekty takiego treningu są adekwatne do przebiegnięcia ok. 10 km...

Na zakończenie mała zapowiedź - już niedługo na blogu mała niespodzianka (niektórzy już się zapewne domyślają jaka). Ostrzcie zęby...

22 sierpnia 2010

Pół pierwszego

Jak się wcześniej napisało, wczoraj gościłem w Lesznie, gdzie odbywał się I Koleżeński Maraton Leszno oraz Sporting Półmaraton (i jeszcze trzy inne "eventy"). Moje nogi (jak i cała reszta ciała i umysłu) zmierzyły się z dystansem 21,097 km. Na początku muszę przyznać, że jestem pod sporym wrażeniem poziomu organizacji. Rzecz jasna, nie obyło się bez kilku "wpadek", ale tego uniknąć na prawdę bardzo trudno, zwłaszcza gdy się coś robi po raz pierwszy. Generalnie naprawdę świetna impreza - piękna trasa i przystępna cena (w przypadku półmaratonu 30 zł), a w tym pamiątkowa koszulka (techniczna), medal, posiłek a nawet piwo (dla chętnych rzecz jasna - dla "niechętnych" woda, herbata lub cola). Pogoda również dopisała, powiedziałbym nawet, że za bardzo - gdyby nie to, że spora część trasy przebiegała przez miejsca przyjemnie zacienione, bieganie w tych warunkach do przyjemnych by na pewno nie należało. Ja ze swojej strony zmieniłbym dwie tzw. drobnostki - rozsunąłbym nieco stoliki na punktach odżywiania (co pozwala na swobodniejsze korzystanie z umieszczonych na nich dóbr wszelakich) oraz zostawił nieco więcej miejsca na hamowanie po finiszu (gdy zobaczyłem gdzie stoją dziewczęta wręczające medale, hamowanie rozpocząłem kilka metrów przed metą, a i tak z rozpędu pierwszą z nich minąłem). 
Nie zostałem niestety na dekoracji, bo zaplanowana była po godzinie 16-tej, więc nie wiem nawet czy w jej trakcie miało miejsce tradycyjne losowanie "fantów", ale w zamian za zwrócenie chipa, można było pozyskać los w loterii fantowej właśnie. W moim przypadku niestety zaszła jakaś pomyłka, bo trafił mi się pusty los (a przecież prosiłem o ten z samochodem), ale koledze, z którym przyjechałem do Leszna, trafił się na ten przykład gadżet w postaci piórnika.
A teraz najwyższa pora pochwalić się własnymi poczynaniami. Jako cel założyłem sobie złamanie "godziny pięćdziesiąt" i od początku udawało mi się utrzymywać założone tempo. Udało mi się przede wszystkim nie zacząć zbyt mocno, jak to miało miejsce np. w Kazimierzu Biskupim, dzięki czemu przez zdecydowaną większość trasy biegło mi się z prawdziwą przyjemnością. Już na drugiej pętli rozpocząłem pogawędkę z biegaczem z Wrocławia (o ile dobrze zakodowałem), który (jak się dowiedziałem) przygotowuje się właśnie do biegu wokół masywu Mont Blanc (pełen szacunek). W towarzystwie i gawędząc biega się naprawdę przyjemnie, niestety trochę mnie to rozproszyło i okazało się, że znacznie zwolniłem. Postanowiłem zatem pożegnać (przynajmniej na razie) Towarzysza i nieco przyspieszyć (do mety brakowało już jedynie ok. 4 km). I tu zaczęły się moje kłopoty - nie wiem, czy przyspieszyłem zbyt gwałtownie, czy ogólne zasoby energii zaczęły się wyczerpywać, ale bieg przestał mi sprawiać przyjemność a zaczął przynosić doznania wręcz przeciwne. Byłem bliski tego by przejść do marszu. Na szczęście wystarczyło samozaparcia by wolniej ale biec dalej. Na współbiegaczy na szczęście zawsze można liczyć. Jakieś pół kilometra przed metą dwóch młodzian, którzy mieli do pokonania jeszcze dwie pętle, dało mi tzw. mentalnego kopa, dzięki któremu udało się na tych kilkuset metrach jeszcze przyspieszyć.
Niestety po minięciu mety zapomniałem zatrzymać stoper, ale na podstawie analizy wykresu tempa (po wczytaniu danych z mojego "Gremlina") udało mi się ustalić uzyskany czas netto: 1:48:54. Czas brutto, na podstawie nieoficjalnych jeszcze wyników, które ukazały się już w serwisie Maratończyk.pl, wyniósł z kolei 1:49:03, co pozwoliło mi uzyskać pięćdziesiątą drugą pozycję na 168 startujących w "połówcę" osób. Co ciekawe, tuż z mną przybiegła najszybsza na przedmiotowym dystansie z przedstawicielek płci pięknej.

Uzyskany wynik cieszy (rekord życiowy poprawiony o prawie osiem minut), ale widać też, że jest jeszcze w tej maszynie pewien potencjał i jest nad czym pracować. Wydaję mi się, że jedna z lekcji jaka dla mnie płynie z tego (choć nie tylko) startu jest taka, że muszę baczną uwagę zwracać na to by w miarę możliwości utrzymywać stałe tempo na całej trasie. No może oprócz finiszu.

20 sierpnia 2010

W zdrowym ciele zdrowe ciele

Macie czasem wrażenie, że wszelkie moce tego świata, dobre i złe (zwłaszcza te pierwsze) umówiły się, żeby was wkurzyć? Ja tak miałem we wtorek. Szykując się do wyjścia na trening nagle nie mogłem znaleźć połowy potrzebnych mi rzeczy i w ogóle wszystko wokół zdawało się robić mi na złość. Gdy wreszcie udało mi się wyszykować, wyszedłem przed dom... a tu pada. I to mnie dobiło. Doszło do tego, że zacząłem się nad sobą użalać - tak, sam się na tym złapałem, iż lamentuje nad tym, że nie pójdę biegać (a propos, czy "pójdę biegać" to aby nie oksymoron?), bo pada. Jakbym nie miał większych problemów w życiu. A jak w końcu zaakceptowałem fakt, że dziś już nie okrążę kilkanaście razy parku i oddałem się innym zajęciom zauważyłem, że już dawno nie pada...
W każdym bądź razie trening i tak został przełożony na środę rano, co spowodowało również konieczność dwóch wyjść dzień po dniu (na szczęście pierwsze rano, drugie wieczorem - czyli ponad 30 godzin na regenerację), bo czwartkowego treningu, z uwagi na plany sobotnie, nie mogłem przesunąć na piątek, a odpuszczać kolejnego treningu również nie miałem w planach. Niemniej jednak samopoczucie z poprzedniego wieczora mnie nie opuściło i nie biegało mi się rewelacyjnie. Trochę z tego powodu, a trochę dlatego, że chciałem nieco "poluzować" przed jutrzejszą połówką, skończyłem po pięćdziesięciu minutach.

Wczoraj wieczorem było tempo i zadziwiające wydarzenia w trakcie. Mniej więcej na piątym kilometrze przyłączył się do mnie... lis. Prawdziwy lis, choć zachowywał się raczej jak pies, biegł kilka kroków za mną. Aż musiałem się zatrzymać, żeby to uwiecznić. Zrobione komórką zdjęcie wyszło bardzo niewyraźnie, ale zawsze to jakaś dokumentacja.
Tyle tylko, że jakoś zapomniałem wcisnąć pauzę na pulsometrze i mój wirtualny partner pobiegł dalej. Na początku nie zamierzałem go "gonić" tylko kontynuować bieg w założonym tempie, ale gdy kolejny kilometr tak jakoś sam z siebie "wyszedł" w 5:08 min, pomyślałem, że może na ostatnich metrach uda mi się go przegonić. Zabrakło ok. 10 m. I jakby spojrzeć na ogólne statystyki biegu, mogłoby się wydawać, że poszło zgodnie z założeniami (wyszło średnio 5:31/km), ale dziwna to była tempówka.

A jutro - kierunek Leszno!

15 sierpnia 2010

Święta, święta... i po urlopie

No to wróciłem. Na razie do domu - jutro wracam do pracy. Ostatnie osie dni, razem z Moimi Dziewczynami spędziliśmy w Trzebiatowie, gdzie gościliśmy u krewnych. Rodzina ugościła nas jak zawsze (ciekawe ile przytyłem), a gdy rodzina szła do pracy, to my w Polskę, czyli w najbliższe okolice Trzebiatowa, głownie te w bezpośredniej bliskości Bałtyku. Spacery po plaży, przeciskanie się między straganami wypełnionymi tandetą maści wszelakiej, kawka, gofry, lody - raz nawet na rybkę się skusiliśmy. Jeśli kto ciekawy zapraszam na fotorelację przygotowaną przez moją Lepszą Połowę.

W każdym bądź razie od biegania urlopu nie było - musiałem się zrywać o piątej, ale udało się trzy razy wyjść, w tym raz wykonać bieg po plaży. A wyglądało to mniej więcej tak:

Przyjechaliśmy w sobotę, więc liczyłem, że w niedzielę wstanę na dłuższe wybieganie. Ale w sobotę wieczorem tak lało, że nawet budzika nie nastawiałem. Na szczęście w poniedziałek się nieco poprawiło. Zerwałem się zatem bladym świtem i ruszyłem nie do końca suchą szosą przed siebie, zostawiając Trzebiatów za plecami. Po około jedenastu kilometrach, a wypadło to na miejscowość o wdzięcznej nazwie Cerkwica, zawróciłem - a konkretnie wbiegłem na wzgórze, na którym znajduję się miejscowy kościół, obiegłem świątynie (element turystyczny) i wróciłem na szosę -  i ruszyłem do Trzebiatowa. Łącznie dało mi to 24 km w czasie 2:26:20.
W czwartek, za małą namową Małżonki, postanowiłem pobiegać po plaży. Wybrałem się zatem do Mrzeżyna z zamiarem wykonania 60 minut biegu, również metodą "w tą i z powrotem". Udało mi się dobiec do Dźwirzyna (do wyjścia z portu), gdzie wykonałem zwrot o kąt półpełny. W ciągu rzeczonej godziny biegu, który dodatkowo okazał się dobrym ćwiczeniem siłowym na nogi (bieganie po piasku wcale do łatwych nie należy) udało mi się przemierzyć 10,4 km.
W ostatnim dniu pobytu przyszła kolej na trening w tempie maratonu. Na początek 10 minut spokojnie a potem 50 minut TM w klimatycznym (stare kamienne schody, itp.) parku na obrzeżach Trzebiatowa (w skrócie POT). Łącznie10,8 km.
Za to po powrocie czekała na mnie spodziewana niespodzianka - nowa para Reeboków Premier SF Ultra KFS VII, przesłana przez Ewę z eTrampki.pl.
Od producenta tego modelu można się dowiedzieć co następuje:
Reebok Premier SF Ultra KFS VII to niezwykle komfortowy but do biegania z wielokrotnie nagradzanej prestiżowymi nagrodami magazynu Runner's World serii Reebok Premier Running.

Użyty w bucie system KineticFit zapewnia wygodę, podparcie i elastyczność w najważniejszych miejscach stopy. Wkładka z pianki EVA na całej długości buta zapewnia uczucie komfortu, natomiast pianka DMX gwarantuje idealną amortyzację.

Do tego, most Transition Bridge zapewnia łagodne przejście od pięty do palców.
Jak to wygląda w rzeczywistości zacznę się przekonywać osobiście od wtorku, gdy wyruszę na pierwszy z reetreningów i reebiegów.

A propos, ponieważ urlop wcale nie był łatwym okresem dla moich nóg, oraz z uwagi na fakt, iż w najbliższą sobotę zamierzam przebiec w Lesznie swój drugi półmaraton, postanowiłem nieco "poluzować". I tak nie za bardzo wiem, gdzie miałbym wcisnąć jeszcze jedno długie wybieganie. W sumie powinienem je chyba biec teraz... Ale w końcu trening dla biegacza, czy biegacz dla treningu (że tak sparafrazuję słowa Jezusa z Nazaretu)?

5 sierpnia 2010

I biegnie się dalej

Dziwna sprawa - niby do pracy chodzić nie muszę - znaczy się urlopuję się (sic!) - a mimo to czasu mam jakby sporo mniej. Muszę się mocno sprężać, by bieganie gdzieś wcisnąć. Czyżbyśmy prowadzili zbyt "rozbuchane" życie towarzyskie?
Chociaż w tym tym tygodniu przynajmniej jest szansa na przyrost kilometrażu (spokojnie - nie trzymam się tego kurczowo). W zeszłym bowiem znów zanotowałem regres w tym temacie (27,7 km) na skutek tego, że:
a) w czwartek okazało się, że wydrukują mój artykuł (właściwie to jestem współautorem) o ile wprowadzę poprawki do... piątku - musiałem przesunąć priorytety i zaplanowane na czwartek tempo poszło w tzw. niebyt;
b) w weekend zamiast tzw. długiego wybiegania (które na obecnym etapie powinno liczyć już ponad 20 km) było szybkie 15 km w Kazimierzu Biskupim.

A propos Kazimierza - we wtorek opublikowano wyniki, z których wynika, że przybiegłem na metę jako pięćdziesiąty siódmy spośród stu dwóch osób, które bieg ukończyły, a mój wynik był tylko o sekundę gorszy od pomierzonego samodzielnie czasu netto i wyniósł 1:15:41.
Po podstawieniu czasu netto do stosownych kalkulatorów okazało się, że maraton powinienem (prze)biec w tempie 5:23 tudzież 5:26 min/km. Kierując się zatem zdrowym rozsądkiem pozostaję przy trenowaniu tempa 5:30/km. Zobaczymy co z tego wyjdzie na "połówce".

Wracając jeszcze do "nabijania" kilometrażu na konto bieżącego tygodnia - jak na razie udało mi się zrealizować godzinę spokojnego rozbiegania (jak to po zawodach), po którym nie zrezygnowałem jednakowo ze żwawszych przebieżek (8 x 20 s), co łącznie pozwoliło na pokonanie 11,1 km. Pozostaje zatem tempo (zakładane pierwotnie na dziś, ale przełożone na jutro) i oczywiście wybieganie, na które nie wiadomo kiedy i gdzie znajdę czas i miejsce (ale o tym dlaczego i jak się to skończyło napiszę już następnym razem).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...