26 grudnia 2014

Halo Panie Jacku: O choince uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Właśnie pomyślałem sobie, że wieczór świąteczny to doskonały moment, by napisać słów kilka odnoszących się do tematu poruszonego w Pana ostatnim felietonie, a w którym to temacie mam bogate i różnorodne doświadczenia. Bo jeśli święta Bożego Narodzenia to choinka być musi. Choć rzecz jasna nie wszyscy odnoszą się do niej z takim samym entuzjazmem. Dla nie na przykład (ku zgryzocie MONBŻ) mogło by jej nie być w domu w ogóle - a niech sobie rośnie w lesie. Niemniej jestem ojcem dwóch kilkuletnich córek, więc z zastrzeżeniem, że nie mam zamiaru brać udziału ani w jej ubieraniu, ani rozbieraniu, grzecznie uczestniczę w zakupie, wnoszę do domu i wynoszę, gdy przyjdzie na to czas. Boże Narodzenie to również czas zimowego przesilenia, gdy dnia jak na lekarstwo i jak Pan słusznie zauważył, bardzo trudno oddawać się pasji, jaką jest bieganie nie zahaczając o noc. A wtedy, szczególnie gdy wybieramy się w miejsca nieoświetlone, najlepiej wyglądać jak choinka. Nie dosłownie oczywiście. Może nie od razu czubek, łańcuch i bombki, ale świecidełko się należy.
Bombki na brodzie widoczności raczej nie poprawią. Nawet jeśli to - podobno - modne (źródło: beardbaubles.tictail.com)
Niestety w przypadku biegania szosą (niekoniecznie suchą) po zmroku nie obowiązuje zasada znana z kontaktów z fotografem (szczególnie przy wykonywaniu zdjęć grupowych): jeśli widzisz obiektyw, obiektyw widzi ciebie. Chociaż jakby się uprzeć, to jednak obowiązuje. Bo to, że samochód widać, znaczy tyle, że... go widać. Nie znaczy to, że samochód widzi nas, bo wszakże i tak, jako pojazd mechaniczny nie wyposażony (póki co, być może) w zmysł wzroku, widzieć nas nie może. Tym bardziej nie znaczy, że kierowca nas widzi, a summa summarum kierowcy również nie widać (no chyba, że jedzie z kabiną oświetloną od środka, ale wówczas tym bardziej nas nie widzi). Doświadczenie nauczyło mnie także, iż czołówka, którą biegacze zwykli zakładać na wycieczki w miejsca nieoświetlone, poprawia widoczność (względnie widzialność) w obie strony, ale niekoniecznie poprawia bezpieczeństwo. Długo zastanawiałem się, czemu niektórzy kierowcy na mój widok reagują co najmniej nerwowo. Zastanawiałbym się zapewne do momentu, gdy znalazłbym się w podobnej sytuacji, jednak w roli kierowcy, gdybym nie usłyszał odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie w audycji w moim ulubionym radio. Otóż okazuje się (z czym zgodziłem się od razu, gdy tylko wczułem się w położenie kierowcy - co w sumie nie jest dla mnie zbyt trudne, bowiem więcej czasu spędzam za przysłowiowym kołkiem niż na biegowych trasach), że widząc zbliżające się z naprzeciwka nieustabilizowane światło, kierowca do ostatniej chwili nie może być pewny, z kim lub z czym ma do czynienia. Dlatego też oprócz czołówki, zawsze zabieram ze sobą (a właściwie na sobie) co najmniej kilka elementów odblaskowych. A tak naprawdę, trzeba by napisać, że oprócz elementów odblaskowych, czasem zabieram ze sobą również czołówkę.

Warto wspomnieć, że o tym jak ważna jest widoczność na drodze miałem okazję przekonać się na własnej skórze. Na szczęście to nie ja byłem niewidoczny i - na jeszcze większe szczęście - nie byłem w roli kierowcy. Miało to miejsce właśnie podczas jednych z moich nocnych długich wybiegań z czołówką. Biegłem sobie (jak to się ładnie mówi) grzecznie lewą stroną drogi (dodajmy, odcinek bez chodnika i jakiegokolwiek oświetlenia), gdy niemal wpadłem na jegomościa idącego z naprzeciwka. Szedł sobie beztrosko w ciemnym ubraniu prawą stroną jezdni. Zauważyłem go w ostatniej chwili (w odróżnieniu od przeciętnego auta, rozwijałem w danym momencie prędkość nie większą niż 12-13 km/h) tylko dzięki temu, że wpatrywał się akurat w ekran swojego telefonu komórkowego. Przez to, że było ciemno, nie zwróciłem uwagi czy miał w uszach słuchawki a na głowie kaptur, niemniej nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby tak właśnie było.

Na koniec ciekawostka. Jak to zwykle bywa, na każdej zmianie ktoś próbuje zyskać. W przypadku wprowadzenia nakazu używania odblasków poza terenem zabudowanym pismo nosem zwęszyli nie tylko producenci sprzętu sportowego (trudno im się jednak dziwić) ale także niektórzy bankierzy. Krótko po wejściu w życie wspomnianych przepisów dotarła do mnie informacja dotycząca promocji dla osób zakładających konto w pewnym banku. Otóż taka osoba, czyli nowy klient banku, miał otrzymać w prezencie kamizelkę odblaskową, której mógłby używać podczas biegania. A pieniądze zaoszczędzone (uwaga!) na mandacie za brak elementu odblaskowego, wpłaciłby niezwłocznie na konto oszczędnościowe o atrakcyjnym oprocentowaniu. Ciekawe myślenie, nieprawdaż? Od razu zachodzę w głowę, co się stało z tymi wszystkimi pieniędzmi, które przez lata zaoszczędziłem na nieotrzymanych mandatach.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH, jak również nieco spóźnione (acz szczere) życzenia świąteczne.
Bartek M.

18 grudnia 2014

O dużym słowie na "ty" uwag kilka

Od kilku już dni nosiłem się z zamiarem upublicznienia swoich ambitnych (a jakże) planów biegowych na zbliżający się wielkimi krokami rok dwa tysiące piętnasty. Tylko jak tu planować, gdy ciągle coś sprawia, że biegać nie za bardzo mogę. A to plecy, a to kolano – g**no, jak mawiają prości ludzie! I dziś mnie olśniło. Tym bardziej muszę planować! Tym bardziej muszę myśleć o swoich celach! Bo czymże innym, jak nie zmaganiem się ze swoimi słabościami (w tym również kontuzjami) jest proces przygotowywania się do kolejnych startów i kolejnych wyzwań?
Źródło: demotywatory.pl
Czas zatem upublicznić soje cele, czyli marzenia z terminem realizacji. Cel główny jest dosyć ambitny oraz (że tak to ujmę) przełomowy. Sam długo nie byłem pewien czy to już czas by realnie o nim myśleć. W pewnym sensie przekonał mnie powyższy obrazek. Ale i tak zdradzę go na sam koniec niniejszego tekstu (choć i tak wiem, że część osób czytająca te słowa się domyśli, a inni już podejrzeli). Na mojej ścieżce do niego są również cele pośrednie oraz środki realizacji. A one przedstawiają się jak poniżej.

Zacznę od kalendarza startów, choć tak naprawdę wiele w nim znaków zapytania. Niemal pewne są starty w dwóch maratonach (czyli biegach o priorytecie A) – Orlen Warsaw Marathon na wiosnę oraz Maraton Poznański jesienią. Tak tak, po raz trzeci (wcześniej był rok ubiegły oraz dwa tysiące jedenasty) pobiegnę u siebie na fyrtlu. I chyba tak już zostanie, że jesienią lat nieparzystych będę maratonił w swoim mieście. Roił mi się jakiś czas temu taki pomysł, by oba maratony A.D. 2015 pobiec w stolicy, ale ostatecznie zawitam do Warszawy tylko w kwietniu (ale spokojnie – swoje porachunki z Maratonem Warszawskim jeszcze wyrównam).
Przed obu maratonami mam oczywiście w planach starty kontrolne, zwane również startami o priorytecie B. Tu jest, jak na razie, jeden pewniak – Maniacka Dziesiątka (w końcu jedyny bieg, w którym startuję regularnie, co roku). Wciąż waham się gdzie pobiec połówki. Wiosenną chciałbym pobiec jeszcze w marcu. W grę wchodzą Ostrów Wielkopolski (niestety, wciąż nieznana jest data kolejnej edycji), Pabianice oraz (ewentualnie) Warszawa. Jesienią biorę pod uwagę Zbąszyń i Piłę. A może, z racji tego, że na maraton zostaję w domu, wybiorę się gdzieś dalej? Jakieś propozycje? Co do jesiennej dychy, również pomysłów jeszcze brak. Wyjdzie w tzw. praniu.
Jeśli, ktoś zastanawia się, czemu nie startuję w poznańskiej połówce, śpieszę z odpowiedzią. Po pierwsze termin jest trochę późny (tak przynajmniej twierdzi – łamane na: rekomenduje - Trenejro). Po drugie, owszem startuję, ale (w związku z po pierwsze) nie w trupa. Podobno nie ma czegoś takiego jak start treningowy, a jednak taki to właśnie ma być dla mnie ten Półmaraton Poznański. Będą również inne starty o priorytecie C, ale o tych to jak na razie nie wiadomo prawie nic. Pewnie jakiś Parkrun, jakiś City Trail może. Jakaś sztafeta również by się przydała. Ale, jak to mawiał mój przyjaciel z czasów licealnych, czas pokaże.
Zapomniałbym! Jest jeszcze jeden pewniak - Półmaraton Weteranów w Murowanej Goślinie. Bo mogę!

Założenia treningowe i okołotreningowe są następujące.
Po pierwsze: objętość. Będę zmierzał do tego, by biegać pięć razy w tygodniu.
Po drugie: siła. Co najmniej raz w tygodniu (wyłączając okres bezpośrednio poprzedzający start w biegu o priorytecie A) siłowy trening obwodowy i co najmniej dwa razy w tygodniu gimnastyka siłowa.
Po trzecie: masa. Masa ciała oczywiście (wszyscy wiemy, że im mniej należy donieść na własnych nogach do mety, tym szybciej nam się to uda). Jeszcze przed wiosennym maratonem chcę zredukować zawartość tkanki tłuszczowej poniżej poziomu 12,5%. A potem dalej iść tą drogą. Jak zamierzam to zrobić? Otóż racjonalną dietą. Przede wszystkim zamierzam drastycznie ograniczyć spożycie słodyczy i alkoholu. To pierwsze nie częściej niż raz w tygodniu i najlepiej domowe. To drugie naprawdę od święta.
Niemniej na sam początek (zamykając temat działań okołotreningowych) muszę zająć się kolanem.

Powoli przechodzimy do konkretów najkonkretniejszych w swej konkretności (sic!). Czasów, w jakie będę celował. Wiosną chciałbym zejść poniżej czterdziestu minut na dychę i godziny trzydzieści w połówce. Jesienią planuję urwać kolejne półtorej minuty na 10K, natomiast dystans 21,095 km pokonać w godzinę i minut dwadzieścia pięć lub szybciej. A jeśli chodzi o to, co najważniejsze, w Warszawie chciałbym zrobić co najmniej to, czego nie udało mi się dokonać w Katowicach. Zejść poniżej trzy dziesięć. Zaś jesienią, już po przekroczeniu linii mety na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, chcę zobaczyć taki obrazek (tadam!):
Ja naprawdę ogłosiłem to publicznie?

12 grudnia 2014

Kwestionariusz Blogacza - Po prostu Mari(a)

Jeżeli w sierpniu Kwestionariusz miał przerwę wakacyjną, to co się działo w październiku i listopadzie? Klęska urodzaju - to jest moja wersja i jej będę się trzymać - nie mogłem się zdecydować, którą z blogujących dziewczyn tym razem wziąć na spytki. Postanowiłem zatem zastosować kryterium geograficznej bliskości i trafiło na Marię. Marię, którą poznałem w momencie, gdy przygotowywała się do debiutu w maratonie. Dziś, choć minął niewiele ponad rok, Maria jest zaprawioną w boju triathlonistką. Poznajcie zatem autorkę i główną bohaterkę bloga Mari gone running.
Niemniej najpierw, zgodnie ze starą świecką tradycją, przypomnę zasady:
Odpowiedz na każde pytanie. Staraj się nie analizować, lecz – jeśli to możliwe – odpowiadać intuicyjnie. Gdy odpowiesz na wszystkie pytania, możesz (ale nie musisz) dopisać do listy kolejne pytanie, na które będą odpowiadać przyszli uczestnicy zabawy.
1. Jaki jest Twój ulubiony dystans?
Półmaraton i olimpijka w tri.
2. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj treningu?
Najbardziej lubię zwykłe rozbiegania bez patrzenia na tempo. A jeżeli chodzi o bardziej wyrafinowane jednostki treningowe to podbiegi i BNP. I trening zakładkowy do tri ;)
3. Co Cię motywuje do wyjścia na trening?
Nigdy się nad tym nie zastanawiam, po prostu wychodzę.
4. Twoje pierwsze zawody?
II Samsung Półmaraton w Szamotułach w październiku 2012 r.
5. Wymarzony start w imprezie biegowej?
Chciałabym wystartować w Biegu im. dh. Marduły. Mam nadzieję, że zrealizuję to marzenie, jak nie w tym roku, to w przyszłym.
6. Jaka jest Twoja ulubiona książka o bieganiu?
Moja ulubiona książka to „Bez ograniczeń” Chrissie Wellington. Nie jest stricte o bieganiu, ale z niej najczęściej czerpię motywację, sięgam po nią zwłaszcza przed ważnymi zawodami.
7. Dlaczego biegasz?
Bo kocham poczucie wolności, jakie daje mi bieganie.
8. Dlaczego blogujesz?
Ponieważ czułam, że bieganie rozpoczęło ciekawy, o ile nie najciekawszy, rozdział mojego życia i że warto o tym pisać. Poza tym, gdy zaczynałam blogować, nie miałam nikogo takiego obok, kto chciałby mojego ciągłego nawijania o bieganiu słuchać, więc musiałam dać sobie upust na blogu ;)
9. Jeśli nie bieganie, to?
Pływanie i rower ;) I po górach lubię chodzić, tylko dawno tego nie robiłam.
10. Co uznajesz za swoje największe sportowe osiągnięcie?
Na dzień dzisiejszy ukończenie triathlonu na dystansie 1/2 IM z czasem 5:50:43.
11. Co byś zmieniła, gdybyś jeszcze raz zaczynała swoją przygodę z bieganiem?
Mimo kilku popełnionych błędów chyba nic bym nie zmieniła.

Jeszcze pytanie do kolejnych uczestników zabawy:
12. W jakim miejscu na świecie najbardziej marzy Ci się pobiegać?


Prawie na koniec dedykacja muzyczna od Marii - Dedykuję Wszystkim Czytającym utwór zespołu, którego zagorzałą fanką jestem od lat - let’s RUN LIKE HELL!!! :)


Nie pozostało już nic innego jak... zadać Marii kilka pytań dodatkowych. Ale to już nie moja rola.
Działamy według zasady: osoba zadająca pytanie dodatkowe, deklaruje wpłatę na wskazany cel. Zadaniem dodatkowym Marii będzie odpowiedzieć na to pytanie – im wyższa zadedykowana kwota wsparcia, tym bardziej rozbudowana odpowiedź (1 zł = 1 zdanie).

Maria (a ja razem z nią) prosi(my) o wsparcie Stowarzyszenia Społecznego na Rzecz Dzieci i Młodzieży Specjalnej Troski w Szamotułach.

5 grudnia 2014

O przekątnej pleców uwag kilka

To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Tak zakończył się mój post podsumowujący październik.Teraz zagadka: Jak się zakończył listopad? Tak samo. Tylko bardziej. Tym razem ból pleców okazał się tak silny, że spędziłem kilka dni w łóżku na silnych lekach przeciwbólowych, a przerwa w bieganiu cięgnie się już półtora tygodnia. Ale może po kolei.
Źródło: endomondo.com
Pierwszy weekend listopada spisany został na straty - to już wiemy. Bałem się jednak podówczas, czy rozbieganie nie wydłuży się ponad zaplanowane ostatnie dwa tygodnie października. Niby w planie na pierwszy tydzień nowego miesiąca i nowego sezonu zarazem miałem jedynie bardzo krótkie i niezwykle spokojne biegi, ale i takich nie ma sensu realizować, gdy ból pleców doskwiera. Ostatecznie relację z obuwiem sportowym odnowiłem w środę. Do końca tygodnia udało mi się zrealizować jeszcze jeden z trzech pozostałych zaplanowanych treningów, więc ten z założenia niedzielny zrealizowałem w poniedziałek (tradycyjne nadrabianie zaległości).
W kolejnym tygodniu było już lepiej, ale znów jeden trening wypadł. Widać było jednak, że się rozkręcam.
Tydzień numer trzy to potwierdził. Niby nie wszystko zgodnie z planem, ale stan jednostek wykonanych pokrywał się ze stanem jednostek zrealizowanych.
No - powiedziałem sobie w duchu - w ostatnim tygodniu będzie "tip top" i w grudzień wejdę na, może nie pełnych, bo do tego jeszcze daleko, ale obrotach! I się wszystko pięknie, ale posypało. We wtorek jeszcze zgodnie z planem. W środę odwiedziła nas grypa żołądkowa (czy inna cholera - w znaczeniu zaraza). Niby dopadło nie mnie, tylko Ślubną. Ale trzeba się było nią i dzieciarnią zająć i wiadomo: Man muss Prioritäten setzen, jak mawiają nasi bracia Słowianie. Zaś w czwartek obudziłem się z bólem pleców. Niby nic wielkiego - wydawało mi się, że to może dlatego, że źle spałem. Ale po południu już byłem mocno zaprzyjaźniony z lekami na ból, w nocy chciałem dzwonić po karetkę, a w piątek rano dzwoniłem do firmy, że sorry, ale el-cztery. Neuralgia. I dziękować Bogu, że to był piątek i dzieci były w przedszkolu, bo gdy w pewnym momencie leki puściły, puszczałem i ja. Ale takie wiązanki wyrazów, że klękajcie narody. Dziękować również za tę grypę żołądkową, bo gdyby nie ona, to w czwartek pojechałbym w delegację i jakby mnie tak złapało trzysta kilometrów od domu, dopiero byłoby niewesoło.
Wracając jednak do spraw stricte biegowych, to wszystko co opisałem powyżej sprawiło, że listopad na tle innych miesięcy wygląda mizernie - o całe trzy kilometry więcej niż w październiku (czyli sto i cztery).
Źródło: endomondo.com
Jest na szczęście coś, co się wydarzyło w listopadzie, a o czym warto jeszcze wspomnieć. Otóż moje podejście do biegania zaczęło trochę ewoluować. Zaprzyjaźniłem się nieco bardziej z książkami pana Jerzego S. i w pewny sensie uczę się biegania na nowo. Wytłumaczę na przykładzie. Kiedyś najprostszy z prostych trening, czyli bieg w pierwszym zakresie wytrzymałości (oznaczany w planie przez Trenejro jako OWB1), pieszczotliwie określany przeze mnie jedynką (a tak w ogóle to moje bieganie w listopadzie to były niemal wyłącznie owe jedynki), wyglądał tak oto. Po kilku minutach truchtu rozgrzewałem się w truchcie i w miejscu - skłony, wymachy i takie tam (zresztą kiedyś poczyniłem nawet wpis na ten temat). Następnie reset Gremlina i trening właściwy, czyli zadany odcinek w zadanym zakresie pierwszym. Na koniec (już po zatrzymaniu stopera) ok. dziesięciu minut statycznego rozciągania. Od niedawna zacząłem natomiast robić tak, iż stoper uruchamiam i zatrzymuję tylko raz. Najpierw truchtam do momentu, aż puls wejdzie mi we wspomniany pierwszy zakres. A jak już wejdzie, znaczy się wzrośnie powyżej wartości 140, Gremlin automatycznie zaczyna naliczać czas i dystans zasadniczej części treningu. A jak już zaplanowaną ilość kilometrów pokonam, przechodzę do gimnastyki rozciągającej (ok. 10-12 minut), czyli w sumie do ćwiczeń, które wcześniej stanowiły główny element mojej rozgrzewki. A jak już się pogimnastykuję rozciągając (względnie porozciągam gimnastykując) wracam do domu truchtem i dopiero wówczas wyłączam stoper. Mój wykres tętna podczas takiego treningu wygląda na przykład tak oto:
Źródło: connect.garmin.com
W grudniu pojawią się kolejne jednostki, których będę się uczył realizować na nowo. Tymczasem jednak mamy już prawie Mikołajki, a ja nie przebiegłem w tym miesiącu jeszcze ani kilometra. Boli mnie to prawie tak bardzo, jak te plecy tydzień temu, ale - jak to mówią - nic na siłę. Weekend powinienem już kończyć w lepszym nastroju. Czego sobie i Wam życzę!

26 listopada 2014

Halo Panie Jacku: O wzystkich moich zabawkach uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Czytając ostatni Pański felieton przez niemal całość tekstu miałem wrażenie, że czytam słowa kogoś zupełnie innego. Do ostatniego zdania, które mnie rozłożyło na łopatki. W przenośni. Ale rozłożyłoby również dosłownie, gdyby nie drobny fakt, że czytając Pańskie słowa zajmowałem już tzw. pozycję horyzontalną. Potem przyszła – a jakże – refleksja. Czy aby to wszystko, co zabieram ze sobą na trening (tudzież ewentualnie na zawody) jest mi niezbędnie potrzebne? Przydatne? A może zupełnie zbyteczne?

Przyjrzyjmy się zatem mnie Bartkowi. Ale najpierw zdefiniujmy pojęcie gadżetu. Otóż według mnie gadżet to jest to, bez czego w zasadzie możemy się obejść (właśnie odpowiedziałem sobie na jedno z zadanych wcześniej pytań). Jako gadżetów nie postrzegam więc butów. Choć jak wiadomo, każdy powód jest dobry, by kupić sobie nową/kolejną parę butów do biegania. A na pytanie ile par butów do biegania potrzebujesz, jest tylko jedna prawidłowa (i słuszna zarazem) odpowiedź: wszystkie! Z tzw. ciuchami do biegania jest już nieco trudniej. Niby biegać w czymś trzeba. Może to być z dyskontu, ze sklepu na D (a propos, zna Pan ten dowcip zagadkę: Na jaką literę ma twarz Murzynek Bambo?), ale niekoniecznie musi to-to mieć wbudowane wspomaganie pracy mięśni, stabilizator stawów, odzyskiwacze ciepła oraz kolektory słoneczne (dygresja: czy w dobie kryzysu energetycznego nie warto by rozważyć pozyskiwania energii od biegaczy – to mogłoby uratować nasze PKB). Wprowadźmy zatem podkategorię – odzież nadprogramowa. A skoro mam już na sobie odzież i obuwie, cóż jeszcze zakładam.
Chciałbym dodać źródło, ale nie dotarłem do tego... źródłowego (znalezione na facebook.com)
Kategoria nr 1 – Mniej lub bardziej rozbudowany czasomierz
W nie tak znowu zamierzchłych (chociaż, patrząc jak duża jest już moja Córka Starsza, można dojść do wniosku, że trochę wody już w Warcie upłynęło) czasach, gdy moje bieganie nabierało rumieńców a kilometraż powoli ale rósł, do pomiaru czasu wystarczał mi zwykły zegarek elektroniczny ze stoperem. Biegałem podówczas niemal wyłącznie po parku, znajdującym się jakieś kilkaset metrów od domu i przebiegnięte kilometry sumowałem licząc pokonane okrążenia. A jak przytrafiło mi się biegać gdzieś poza domem, sięgałem to internetów i tam starałem chociaż w przybliżeniu wyliczyć sobie długość trasy (dziś jest to o wiele łatwiejsze, tak w ogóle). Gdy już pokonałem swój pierwszy bieg na dystansie królewskim, doszedłem do wniosku, że przydałby się pulsometr. Nawet kupiłem taki niezbyt drogi. Ale że coraz chętniej biegałem również poza domem (tak jak i Pan, mam pracę związaną z wyjazdami, a na co siedzieć w hotelu, jak można pobiegać) i poczułem potrzebę posiadania zegarka z dżipiesem. I tak stałem się posiadaczem sprzętu, który pieszczotliwie ochrzciłem Gremlinem. Od tego czasu dwukrotnie wymieniłem go na nowszy model (z czego raz mnie poniekąd zmuszono), ale to już materiał na inne opowiadanie. Warto jednak zauważyć, że nigdy (no dobra, ze dwa razy, tak na próbę, się zdarzyło) nie biegałem ze smartfonem, jako urządzeniem pomiarowym.

Kategoria nr 2 – 3 x K, czyli klucze, kasa, komóra

Pieniądze rzadziej, telefon i klucze mam niemal zawsze przy sobie. Telefon na tzw. wszelki wypadek. Był okres, gdy używałem go również do słuchania radia czy też audiobooków, ale już od jakiegoś czasu tego nie robię. Kluczę muszę mieć, bo zazwyczaj wychodzę biegać, gdy Moje Dziewczyny już (względnie jeszcze) śpią. A gdzieś to trzymać trzeba. A najlepiej jeszcze, żeby się przy tym nie majtało. Najpierw używałem takiej kieszonki nakładanej na ramie. Po jakimś czasie zaczęła mnie irytować. Szukałem więc innych rozwiązań, wydając przy tym nieco pieniędzy, które (jak się później okazało) mogłem spokojnie spożytkować inaczej (czytaj: lepiej). Ale w myśl zasady szukajcie a znajdziecie znalazłem rozwiązanie niemal idealne, czyli minimalistyczną torbę zakładaną w talii. De facto korzystam z niej na zmianę z MONBŻ.

Kategoria nr 3 – Suchy prowiant i mokre picie
Gdy moje treningi zaczęły bywać dłuższe nić 20 km, oprócz kluczy i telefonu zacząłem ze sobą zabierać coś do jedzenia, a przede wszystkim coś do picia. Na tę okoliczność mam dwa rozwiązania. Pas z małymi bidonami (nigdy nie przemawiała do mnie tzw. nerka z półlitrowym bidonem) na biegi długie, ale jeszcze niezbyt (względnie na bardzo ciepłe dni). Oraz plecak z bukłakiem na te najdłuższe treningi.

Kategoria nr 4 – Na zawody
Dodatkowym elementem na zawody jest coś, co niby można by podciągnąć pod kategorię nr 3, choć tylko po części. Jeśli już przypinam numer startowy, na trasie korzystam z wody zapewnionej przez organizatora. Na półmaraton i maraton zabieram jednak ze sobą tzw. przekąski (w różnej formie – nie tylko żele). A tu pojawia się potrzeba złotego środka – jak najmniej miejsca (a właściwie jak najmniej gramów), ale żeby się pomieściło i jeszcze za bardzo nie przeszkadzało. Długi czas używałem w tym celu pasa na numer startowy wyposażonego w szlufki. Ale, że kilka razy udało mi się coś zgubić, a i bywało mi po prostu niewygodnie, metodą kupna sprawiłem sam sobie na trzydzieste piąte urodziny gustowną saszetkę na elastycznym pasku z klamrą. Jak na razie się sprawdza.

Kategoria nr 5 - Odzież nadprogramowa
Mam jedną – opaski kompresyjne, które zakładam na biegi dłuższe niż 20 km. Na usprawiedliwienie dodam, że dostałem je w prezencie. Innej odzieży nadprogramowej nie posiadam, ale już o niej myślę.

I to chyba tyle. No chyba, że o czymś zapomniałem. Na zakończenie dodam dwa słowa komentarza do powyższej grafiki, która ostatnio krąży sobie w sieci. Selfie na treningu chyba mi się nie przytrafiła. Konto na Endomondo posiadam, ale aktualizację tegoż nie traktuję jako elementu treningu (czasami robię to rzadziej niż raz w tygodniu).

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

16 listopada 2014

O tym co się udało lub nie uwag kilka

No skoro rozpocząłem (a w zasadzie rozpoczynam, bo długość moich treningów nie osiąga póki co dwucyfrowych dystansów) nowy sezon treningowy, warto by chyba podsumować ten poprzedni i spojrzeć, co to ja sobie planowałem te kilkanaście miesięcy temu, a przede wszystkim co z tego wynikło. To co? Bez zbędnych wstępów i tak lubianych przeze mnie dygresji (a propos... żartowałem), że tak użyję mowy potocznej, lecimy.
Źródło: pixabay.com
... chciałbym nadal rozwijać się sportowo.
Tu się zdecydowanie udało. Poprawiłem bowiem życiówki na wszystkich głównych dystansach. Wynoszą one teraz odpowiednio 0:20:54 na 5 km (a nieoficjalnie - jest to bowiem międzyczas z Maniackiej Dziesiątki - 0:20:39), 0:41:04 na 10 km, 1:32:21 w półmaratonie oraz 3:14:47 na dystansie królewskim. Jednakże rzuca się w oczy, że tylko jeden z tych wyników pochodzi z jesieni.

Moimi głównymi startami będą maratony w Pradze oraz Aglomeracji Śląskiej
Tutaj sukces pełen - udało się pobiec w obu imprezach.

Na królewskim dystansie chciałbym w tym roku zbliżyć się do wyniku 3:10.
W tym wypadku można by... negocjować. Zbliżyć się wprawdzie zbliżyłem, w Pradze zszedłem przecież poniżej 3:15. Jesienią jednak celem było urwanie kolejnych pięciu minut. A jak wiadomo, maraton tym razem okazał się mocniejszy i nie poprawiłem nawet wyniku z wiosny.

Bardziej konkretnie myślę jednak o złamaniu dwóch innych barier, które można by określić jako psychologiczne - dwudziestu minut w biegu na 5 km oraz półtorej godziny w półmaratonie.
Tutaj należy odnotować całkowitą porażkę. W pierwszym przypadku, jak zwykle odnotowuję zdecydowanie niewystarczającą ilość startów na piątkę. Gdyby były międzyczasy z Chyżej w Nowym Tomyślu, być może okazałoby się, że którąś z połówek (najpewniej drugą) przebiegłem poniżej dwudziestu minut. Niemniej międzyczasów na wynikach brak, a nawet Endomondo twierdzi, że moja najszybsza piątka miała miejsce podczas Maniackiej (a twierdzi, że zrobiłem to w 19:41, ale to już wynik mocno nieoficjalny). Na połówce z kolei zabrakło prawie dwie i pół minuty do tzw. szczęścia. Będzie więc co urywać na wiosnę.

Ponadto chciałbym zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich
Tak dobrze żarło i zdechło, jak to się określa w języku nie literackim. Brakowało mi do szczęścia jedynie ukończenia połówki w Kościanie. Najpierw jednak się zgapiłem i nie zdążyłem się zapisać przed wyczerpaniem się limitu. A i tak ostatecznie okazało się, że ta niedziela to jedyny możliwy termin by wyprawić Córce Starszej kinder party z okazji piątych urodzin (i nic to, że koleżanki CS w ostatniej chwili się pochorowały i imprezy nie było). Trzeba było odpuścić. Czy będę próbował za rok? Chyba nie.

... chciałbym pobiec w sztafetowej pielgrzymce biegowej na Jasną Górę
W tym wypadku również niepowodzenie. Napięty harmonogram zawodowy nie pozwolił na dodatkowe dni urlopu w lipcu i musiałem obejść się smakiem. Bywa.

Pytanie czy w świetle powyższego podsumowania, oraz toczącej się kilka tygodni temu w internetowym środowisku biegowym dyskusji, jestem zwycięzcą, czy też... nie jestem nim, pozostawiam otwarte (względnie do dyskusji).

PS. Plany na kolejny sezon jeszcze się precyzują. Jak się sprecyzują, czym prędzej doniosę.

11 listopada 2014

O miesiącu vice-życiówek uwag kilka

Jest taki dowcip o facecie, którego skazano na karę śmierci. Wyrok miano wykonać za pomocą krzesła elektrycznego. Niestety, facet był tak otyły, że w krześle się nie mieścił. Sędzia nakazał zatem miesiąc ścisłej diety plus ćwiczenia. Nie pomogło. Zalecił zatem miesiąc o chlebie i wodzie. Nic. W przypływie desperacji zalecił zatem miesiąc o samej wodzie. Skazany nie schudł ani kilograma. Sędzia doprowadzony już na skraj załamania nerwowego pyta więc skazańca: Panie, czemu pan nie chudniesz? A on na to: No jakoś nie mam motywacji...

No właśnie ja też jej jakoś nie mam. Ani do biegania, ani do pisania. Do tego pierwszego jakoś sam siebie przekonuję - rozbieganie mam już bowiem za sobą. Do tego drugiego też, dzięki czemu piszę te słowa.

Mam teraz obecnie tzw. przełom sezonów (wspominałem powyżej o zakończonym dopiero co roztrenowaniu). Czeka mnie zatem trochę podsumowań i snucie planów i wyznaczanie celów na kolejne miesiące. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze krótkie podsumowanie miesiąca, który zakończył sezon biegowy 2014/2015, czyli października.
Specyficzny to był miesiąc. Biegania niewiele, a nawet bardzo niewiele, bowiem o włos (w dniu takim jak dzisiejszy zdecydowanie bardziej pasuje wąs) przekroczyłem 100 km. Za to każdy tydzień był inny.
Źródło: endomondo.com
Tydzień pierwszy - maratoński.
Miesiąc zaczął się w środę, a już w niedzielę przyszło mi się po raz dziesiąty zmierzyć z dystansem maratońskim. Tym razem to maraton okazał się silniejszy, o czym już zresztą pisałem. Wliczając kilometry nakręcone w Katowicach, Siemianowicach Śląskich i Mysłowicach, od wspomnianej środy do niedzieli przebiegłem 58,3 km.

Tydzień drugi - pomaratoński
Po powrocie z Górnego Śląska byłem tak przez maraton sponiewierany, że długo nie miałem najmniejszej ochoty na zakładanie butów do biegania. Odpuściłem zatem zarówno sześć kilometrów zaplanowane przez Trenejro na wtorek, jak i osiem zaplanowanych na piątek. Do dychy wpisanej w rozpisce pod nagłówkiem niedziela również się nie zmusiłem. Tydzień pozostał nietknięty.

Tydzień trzeci - półmaratoński
Przed Szamotułami trzeba się było jednak zmobilizować. Przyjąłem, że biegnę bez strategii (czyli na wyczucie) - za to na maksa. Niemniej trzeba było zastany już nieco organizm rozruszać. We wtorek była zatem spokojna dyszka plus przebieżki. W czwartek dwusetki poprzedzone piątką w pierwszym zakresie. I tylko sobotniego rozruchu nie udało się zrealizować. A co się działo w niedzielę, kiedy to nie poprawiłem życiówki, również już popełniłem oddzielnego posta. Przez cały tydzień nabiegałem nieco ponad maraton - 42,6 km.

Tydzień czwarty  - roztrenowanie
Zmęczony nieco sezonem zwróciłem się za zapytaniem do Trenejro o możliwość zrobienia krótkiej przerwy w bieganiu. Ten wyraził zgodę na dwa tygodnie, pod warunkiem, że będę pływał i jeździł na rowerze. W piątek wybrałem się zatem na basen, a w niedzielę na rower. Niestety rowerowanie zakończyło się dla mnie bliższym spotkaniem z asfaltem.

Tydzień piaty - lizanie ran
Choć nic sobie nie złamałem (rower też wyszedł bez większego szwanku) przez kolejne dni byłem mocno połamany. Najgorszy był poniedziałek, gdy wsteczny bieg wrzucałem lewą ręką. W czwartek czułem się już całkiem lepiej i nawet myślałem czy by nie popedałować... na rowerze stacjonarnym. Ostatecznie postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień odpoczynku i dopiero w piętek zdecydowałem się basen. To był mój błąd - podczas pływania naciągnąłem sobie najwyraźniej nie wykurowany mięsień (lub mięśnie) i weekend trzeba było spisać na starty, towarzyszył mi bowiem silny ból pleców. Tak silny, że mój powrót do biegania po weekendzie stanął pod sporym znakiem zapytania. Ale to już temat na innego posta.
Źródło: endomondo.com

4 listopada 2014

Halo Panie Jacku: O bywaniu na zakręcie uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Za każdym razem, gdy nie za bardzo wiem jak zacząć list, przypomina mi się program Trąbka dla Gubernatora Mojego Ulubionego Kabaretu i W pierwszych słowach mojego scenariusz informuję, że u nas wszyscy zdrowi, czego i Wam życzę! Co ciekawe, wcale nie jest tak, że nie wiem od czego zacząć, ale nie mogłem przepuścić tak wspaniałej okazji do wspomnienia mojego niewątpliwie ulubionej (którego lider twierdził, że kabaret skończył się na Dudku - ja uważam, że skończył się na Potemach) formacji kabaretowej.


Tak więc, skoro wstęp mamy już za sobą (że tak dla odmiany przypomnę noblistkę, która rzekomo rozdawała autografy na ostatnich Targach Książki w Krakowie), muszę się Panu przyznać, że w odróżnieniu od Pana nie zmęczenie pod koniec długiego biegu nie zmienia mnie w diabła wcielonego. Owszem, zdarza się, iż pod koniec bardzo wyczerpującego biegu wyglądam jakbym za chwilę miał się z nim spotkać (względnie ze świętym Piotrem - wolałbym oczywiście z tym drugim, więc trochę martwi, że nie władam jego ojczystym językiem; z diabłem jest lepiej, złośliwi bowiem twierdzą, że mówi po niemiecku), ale morderczych uczuć wobec otoczenia w sobie podówczas nie odnajduję.

Gdy tak się nad tym zastanawiałem, przypomniały mi się jedynie dwie sytuacje z udziałem zmęczonych mocno biegaczy, w obu przypadku maratończyków. Pierwszą znam ze słyszenia, a raczej z przeczytania. Otóż mąż znanej mi (i lubianej, a jakże) blogerki biegowej, w odpowiedzi na doping na ostatnich kilometrach maratonu zwanego paliwowym, rzucił w nią paskiem od pulsometru (który najwyraźniej uznał za zbędny) tak fortunnie (lub nie), że trafił ją w oko. Drugiej byłem świadkiem osobiście w Dolinie Trzech Stawów na trasie mojego ostatniego maratonu. Sam byłem już nieźle zmęczony (prawdziwy kryzys miał przyjść dosłownie za chwil kilka), gdy zobaczyłem współbiegacza, który przestał biec i przeszedł do marszu. Postanowiłem wesprzeć go jakoś i wykrzesałem dodatkowe siły, by klepnąć go zachęcająco w plecy oraz wesprzeć werbalnie. W odpowiedzi usłyszałem, że łatwo mi mówić, bo nie biegnę z zapaleniem oskrzeli. No wtedy akurat to zaczęły i się cisnąć mocne słowa na usta, postanowiłem jednak nie marnować już tak potrzebnej mi w tym momencie energii.

Ale w swych przemyśleniach poszedłem o krok dalej i począłem rozważać sytuacje, w których delikatna zazwyczaj natura zmienia się diametralnie i zaczynam miotać słowa powszechnie uważane za niecenzuralne, z tym najbardziej popularnym, mylnie uważanym za pochodzące od obcojęzycznego brzmienia słowa zakręt (a jak wiemy - ja przynajmniej - od pani Katarzyny-Kropka-Klosińskiej-Małpa-Polskieradio-Kropka-Peel, pochodzącym od słowa kura) na czele. Tak, zdarza mi się przeklinać. Nie pozwalam sobie na to na łamach tegoż bloga, bo uważam, że to nie miejsce na to, ale jestem piewcą opinii, iż przekleństwa mają swoją ściśle określoną rolę w naszym ojczystym języku. Przypomina mi się też od razu zdanie z książki Trzy mądre małpy Łukasza Grassa, o aktorach, którzy słowo na ka wypowiadają w taki sposób, że nawet w kościele nikt by się nie obruszył. Inna kwestia jest taka, że ostatnio muszę baczniej zwracać uwagę na to co mówię, bo moje córki są akurat w wieku, w którym łapią w lot i powtarzają niemal wszystko.

Tak czy owak, zdarzają mi się w życiu chwile uniesienia (w tym negatywnym tych słów znaczeniu), które podsumować można jedynie w słowach, które w komiksach zapisuje się jako #$%^ oraz *&^%. Ostatnio zdarzyło mi się to na ten przykład dwukrotnie w bardzo krótkim odstępie czasu. W pierwszym przypadku wykonywałem drobne prace remontowe w mojej prywatnej łazience. Mam w życiu takiego pecha, że z jednej strony jestem perfekcjonistą (choć nie zawsze to po mnie widać - może na szczęście), z drugiej natura poskąpiła mi zdolności manualnych. I jak czasami próbuję coś zrobić, a mi nie wychodzi, to wyrazy w powietrzu latają. Tym razem się powstrzymałem (dzieci w domu były) ale przedmioty owszem latały. Po tych wydarzeniach Ślubna orzekła, że nie pozwoli mi w domu zrobić już nic więcej poza dokręcaniem poluzowanych śrubek. W drugim przypadku nie przedmioty latały, a ja latałem. Nad kierownicą, by chwilę później sprawdzić organoleptycznie twardość nawierzchni asfaltowej. A wszystko przez to, że o ułamek sekundy za późno dostrzegłem nadjeżdżający poprzeczną uliczką samochód i, przestraszywszy się, zahamowałem tak nagle i tak gwałtownie, że nie pozostało mi już nic innego jak rozpocząć lot koszący. Po lądowaniu przez chwilę kląłem szpetnie a druga część mojego roztrenowania zmieniła się w lizanie ran.

A propos roztrenowania - pora je kończyć, dzięki czemu będę na powrót mógł pisać stricte o bieganiu. Bez wyrazów.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

20 października 2014

O weekndowych załamaniach pogody uwag kilka

Gdy zapisywałem się na półmaraton w Szamotułach, zasadniczo nie myślałem o niczym innym, jako o kolejnym biegu do Korony Półmaratonów Polskich. Inaczej rzecz ujmując, natenczas nie nastawiałem się na nic innego, jak po prostu pokonanie trasy. Przebiegnięcie od punktu A do punktu B. Po nie do końca udanym (nazwijmy rzeczy po imieniu: po nieudanym) starcie w Gnieźnie obudziła się we mnie żądza zemsty na dystansie 21 097,5 m. Żądzę tą osłabiło nieco moje poczucie po maratonie, który mnie sponiewierał w pierwszy weekend października. Stanęło więc na formie pośredniej. Nie oszczędzam się, ale lecę na tzw. czuja. Trenejro na taką strategię (a w zasadzie jej brak) przystał, dodając jedynie założenie, bym nie zaczynał wolniej niż 4:25/km.

Tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak się to wszystko skończyło (nie mają fejsbuka, czy jak?) potrzymam jeszcze w niepewności. Nadmienię jednak, że w kwestii dotarcia na miejsce zawodów oraz z tegoż miejsca powrotu, był to bez wątpienia najszybszy półmaraton w mojej tzw. karierze. Z domu wypadłem jak z procy, do biura zawodów dotarłem (jak na moje standardy) na ostatnią chwilę (czyli piętnaście minut przed oficjalnym zamknięciem). A po przekroczeniu mety, szybki posiłek, bluza na się i w drogę. A wszystko to z powodu prostego faktu, że bieganie w krótkich gaciach po Szamotułach i okolicznych wioskach nie było jedynym ważnym wydarzeniem tego dnia. Celebracji Święta Biegowego (sic!) raczej nie było.

Jeszcze słówko o pogodzie. No taka piękna była przez cały tydzień. Przyjemny chłód, a czasem nawet trochę deszczu. i wszystko się musiało na niedzielę popsuć - niemal bezchmurne niebo i ponad dwadzieścia stopni. A dziś znowu tak przyjemnie pada...
Jakże ja jestem niefotogeniczny w biegu. Szczególnie na finiszu (foto: Marek Bramborski)
Natomiast co do biegu. Zacząłem bardzo dobrze. Pierwszy kilometr w 4:19. Jeszcze ponad dwadzieścia kaemów do mety, a już wszystkie założenia taktyczne spełnione. No może nie do końca, bo choć się tego ani nie powiedziało, ani nie napisało, gdzieś tam małym wirtualnym druczkiem stało przecież, że kolejne kilometry co najmniej nie wolniej. Niemniej pierwsze pięć biegło się naprawdę dobrze. Piaty to nawet w cztery minuty i dziewięć sekund (zbieg jaki czy co?). Dobrze, to znaczy całkiem szybko. A i przyjemni się biegło. Przyjemnie, chociaż jednak chyba ciut za szybko. Bowiem w okolicach siódmego kilometra przyszedł pierwszy kryzys. Uczepiwszy się jednak grupki biegaczy (momentami uczepiony byłem wirtualnie, bo raz czy dwa odeszli mi na kilka metrów) jakoś ten pierwszy moment słabości przetrwałem. Drugi przyszedł gdzieś tak między kilometrem dwunastym a trzynastym, gdzie znajdował się niezbyt stromy ale całkiem długi podbieg (kurczę, gdybym go nie wypatrzył wcześniej na profilu trasy, w czasie samego biegu mógłbym go nawet nie zarejestrować). I gdy już się wydawało, że dalej będzie już tylko z górki (dosłownie iw przenośni), na czternastym kilometrze wybiegliśmy na otwartą przestrzeń i dostaliśmy wiatr prosto w twarz.

Jeszcze przez kilometr biegłem razem z grupą (tą samą, której uczepiłem się przy pierwszej fali kryzysu). A wiadomo, w grupie z wiatrem walczyć lżej. Niemniej w okolicach kilometra piętnastego, mimo przeciwnego wiatru postanowiłem zostawić dotychczasowych towarzyszy nieco za swoimi plecami. Zacząłem też wyprzedzać kolejne osoby, więc wydawało mi się, że przyspieszyłem. Teraz, gdy patrzę na wykresy tempa, okazuję się, że to nie ja przyspieszyłem, tylko najwyraźniej pozostali zwolnili jeszcze bardziej. Bo gdyby nie to, że po osiemnastym kilometrze nieco docisnąłem i tempo wzrosło do ok. 4:20/km, czwarta piątka była by wolniejsza niż trzy poprzednie. W każdym bądź razie, wyprzedziwszy jeszcze kilka osób, a bardziej zmagając się z samym sobą, do mety dotarłem z czasem 1:33:23. Wynikiem, który uznaję za całkowicie mnie zadowalający. Tak, to był dobry bieg!
A mój kolega z pracy Rafał, który pofatygował się do Szamotuł aż z Bydgoszczy, w swoim drugim starcie na dystansie półmaratonu ustanowił nową życiówkę i nabiegał 2:11:51. To był dopiero dobry bieg, o!
Źródło: endomondo.com
A teraz mam ochotę nieco odpocząć.

16 października 2014

O najbardziej górskim z asfaltowych maratonów uwag kilka

Podobno są dwa sposoby pisania relacji z jakiegoś wydarzenia. Pierwszy to oczywiście tzw. sposób na świeżo (względnie na gorąco). Póki jeszcze wspomnienia są żywe a i emocje nierzadko trzymają się jeszcze na wysokim albo bardzo wysokim poziomie. Drugi sposób to na zimno, czyli gdy emocje i przysłowiowy kurz po bitwie opadną, a każdy krok (w tym wypadku biegowy) zostanie gruntownie przemyślany. Można jeszcze pisać relację po latach (choćby i dziesięciu – względnie po dziesięciu maratonach), ale w takiej sytuacji należałoby raczej mówić o wspomnieniach.
Te kilka powyższych zdań, ze szczególnym uwzględnieniem słowa otwierającego pierwsze zdanie, to oczywiście mój wymysł, choć pewnie za bardzo z prawdą się nie minąłem. Musiałem jednak jakoś sobie uargumentować fakt, że zabieram się za relację z Silesia Marathon 2014 po ponad dziesięciu dniach od przekroczenia linii mety. A zatem do dzieła.

Kilometry 0-10; czas: 0:46:07; średnie tempo: 4:37/km
Foto: Maciek Koziarski
Stając na starcie wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Monika i Maciek, którzy udzielili mi gościny pod swoim dachem podczas mojego pobytu w Katowicach, w sobotę zabrali mnie na przejażdżkę po większej części trasy. Wciąż się jeszcze zastanawiam czy dobrze zrobili(śmy). Czasem ignorancja to skarb. Może lepiej zniósłbym te wszystkie podbiegi, gdybym po raz pierwszy zobaczył je dopiero na trasie? Powtarzałem sobie jednak, że jestem przygotowany – biegałem przecież i podbiegi, i krosy. Grunt to nie szarżować z tempem na podbiegach, mówiłem sobie, i nadrabiać (choć bez szaleństw) straty na zbiegach.
Pierwszy kilometr lekko w dół. Nogi niosą tak, że próbuje się hamować. A może trzeba było tego nie robić? Wysiłek niewielki, ale kilka cennych sekund byłbym urwał. Tym bardziej, że na drugim kilometrze zaczyna się aleja Korfantego, która prowadzi nas przez niemal całe następne cztery kilometry. Dodajmy, że prowadzi cały czas pod górę. Na piątym kilometrze, jeśli wierzyć wskazaniom Endomondo, osiągamy najwyższy punkt trasy, położony trzydzieści sześć metrów wyżej niż linia startu. Potem jest już nieco z górki. Czasem mocno z górki. Zaczynam uświadamiać sobie, że to zbiegi, wbrew pozorom, mogą swą stromizną najbardziej dać mi się w kość. Skupiam się zatem na technice biegu, aby uniknąć tego, co słyszę wokół siebie – tłuczenia nogami o asfalt. Gdzieś w okolicach szóstego-siódmego kilometra dochodzę do wniosku, że dobrym rozwiązaniem będzie praca zespołowa i podłączam się do małej grupki biegaczy. Kolejne kilometry pokonujemy wspólnie. Po pierwszej dyszce strata w stosunku do założonej strategii wynosi ok. czterdziestu sekund. Dużo to czy mało? Jedno i drugie.

Kilometry 10-20; czas: 0:45:12; średnie tempo: 4:31/km
Foto: Maciek Koziarski
Druga dycha jest względnie płaska. Jak na przebieg całej trasy oczywiście, bo naprawdę płaskich odcinków przyszłoby ze świeczką szukać (ciężko by się biegło z tą świeczką). Skoro piałem o najwyższym punkcie trasy, warto zauważyć, że najniższy (tak jak poprzednio, wg wskazań Endomondo) znajdował się w okolicy kilometra piętnastego – trzydzieści metrów niżej niż linia mety oraz sześćdziesiąt sześć niż punkt najwyższy. Pierwsze dwa kilometry dychy numer dwa trzymam się wciąż grupy. Później jednak, zauważywszy, że nie nadrabiam poniesionych wcześniej strat, postanawiam nieco przyspieszyć. Przyspieszam i zaczynam odrabiać straty. Mniej więcej na piętnastym kilometrze jestem już w czasie. Biegnie się super. Wprawdzie trasa prowadzi przez te mniej malownicze tereny Aglomeracji Śląskiej, a kibiców jak na lekarstwo, ale jest dobrze. Ale co się dziwić, na drugiej dyszcze maratonu zazwyczaj jest dobrze. Dwudziesty kilometr, a na nim sporą grupkę kibiców (która mnie nieco zaskoczyła, bowiem było to miejsce raczej odludne, w dodatku wiadukt na dwupasmowej drodze) mijam po godzinie, trzydziestu jeden minutach i dziewiętnastu sekundach. Niektórzy kibice on-line (którym za zdalny doping serdecznie dziękuję) zasugerowali się nawet, że idę na złamanie trzech godzin. Ale to był dopiero dwudziesty kilometr (nawiasem mówiąc, maty pomiarowej na półmetku nie było w ogóle – oznaczeń półmetka też nie, bądź je przegapiłem).

Kilometry 20-30; czas 0:46:08; średnie tempo: 4:37/km
Foto: Maciek Koziarski
Trzecia dycha to chyba najbardziej pofałdowana część trasy. Podbiegi krótsze, acz strome, dają się we znaki. Na zbiegach nogi wprawdzie niosą, ale pozostała część ciała pracuje mocno, by nie dać się zupełnie ponieść działaniu siły grawitacji i nie zmienić położenia ciała z pionowego na inny. W tej częśći trasy było chyba najwięcej kibiców (pomijając oczywiście strefę startu i mety). Ich doping pomaga walczyć z profilem trasy i własnymi słabościami. Najbardziej niesie w okolicach dwudziestego siódmego kilometra, czyli na niezwykle klimatycznym Nikiszowcu, gdzie kibiców jest najwięcej (na przykład grupka pięciu, może sześciu, nastolatek siędząca na schodkach, wyczytujących i wykrzykujących imiona biegaczy – dodawała skrzydeł). Tutaj też po raz kolejny spotykam Maćka. Powoli zaczynam odczuwać zmęczenie – zastanawiam się czy nie za wcześnie. Po wybiegnięciu z Nikiszowca czeka nas kolejny długi podbieg. Trzydziesty kilometr mijam po dwóch godzinach, siedemnastu minutach i dwudziestu ośmiu minutach od startu. Trzecia dycha w czasie niemal identycznym jak pierwsza. Pierwsza była za wolna, ale nadrobiłem. Z tym, że na trzeciej miałem przyspieszyć. Nadrobię i tym razem?

Kilometry 30-42,195; czas 1:01:31; średnie tempo: 5:03/km
Foto: Maciek Koziarski
Powiedzenie, że maraton to bieg na dziesięć kilometrów z trzydziestodwukilometrową rozgrzewką sprawdza się w pełnej rozciągłości. W Dolinie Trzech Stawów, na trzydziestym czwartym kilometrze raz jeszcze czeka na mnie Maciek. Tam właśnie zaczyna być naprawdę ciężko. Kibice zagrzewają do walki, zagrzewam się i ja. Krzyczę do Maćka, że (przepraszam wrażliwych) będę rzygał (przez chwilę naprawdę myślałem, że tym się skończy). Ale zaraz dodaję, że dopiero na mecie. Jakieś młode dziewczę z dobroci serca podaje mi butelkę wody. Potrzebowałem tego tak bardzo, że miałem wrażenie, iż właśnie spotkałem anioła (ciekawe czy była faktycznie tak urodziwa, jak ją zapamiętałem?). Miałem ochotę sprawdzić czy aby na pewno nie ma skrzydeł, ale nie miałem siły się odwrócić. Od piątego kilometra mógłbym na palcach jednej ręki policzyć osoby, które mnie wyprzedziły. Teraz to się zmienia. Walczę jednak i pokonuję kolejne kilometry oraz kolejne podbiegi. Największy moment słabości przychodzi na czterdziestym kilometrze, gdzie był chyba najbardziej stromy podbieg na trasie. Walczę by w ogóle biec i z zazdrością patrzę na biegacza, który akurat w tym momencie zaczyna przyspieszać. Ostatnie dwa kilometry to już walka o jedno. O dotarcie do mety. Nawet na ostatnich metrach, gdy widok mety oraz doping kibiców pozwalają zazwyczaj wydobyć ukryte gdzieś dotąd pokłady dodatkowej energii, biegnę z grymasem bólu na twarzy. Za metą nie mam już siły na nic. Cieszę się tylko, że dobiegłem. Maciek musi mnie niemal zmusić bym pokazał zęby (dosłownie) do zdjęcia.
Źródło: endomondo.com
Na koniec warto dopowiedzieć sobie na ważne (ale to… bardzo ważne) pytanie. Szczególnie w kontekście dyskusji, jaka przez tzw. inetrnety przetoczyła się w dniach poprzedzających mój start w Katowicach. Czy jestem zwycięzcą czy pokonanym? Zwycięzcą na pewno nie. Nawet mimo tego, że nabiegałem vice-życiówkę. A jak bym chciał poprawić sobie humor, mógłbym napisać, że to mój najlepszy wynik na polskiej ziemi. A jednak wynik dużo gorszy, od tego, w który celowałem. Pokonanym jednak również się nie czuję. No dobrze, pokonanym tak, ale nie przegranym. Maraton wprawdzie mnie sponiewierał jak nigdy dotąd. Ale, że po raz kolejny ostatnio pozwolę sobie na analogię piłkarską, przegrałem po walce. I tak sobie myślę, że to może nawet dobrze. Przecież nie może mi tak ciągle wszystko wychodzić – życiówka za życiówką. Jest z czego wyciągać wnioski. Teraz moje myśli biegną już ku wiośnie. Pora zdecydować gdzie pobiegnę maraton numer jedenaście!

PS. jeśli ktoś przegapił rozwiązanie jednego konkursu, a zarazem ogłoszenie drugiego, to szybciutko na lajkpejdża, szybciutko

12 października 2014

O miesiącu szlifów ostatnich uwag kilka

Ale czymże byłby rycerz, bez swojego wiernego rumaka... A nie, przepraszam, to nie ta bajka Chciałem oczywiście napisać, że czym byłaby relacja z maratonu bez podsumowania ostatniego etapu przygotowań. Po prostu z poczucia kronikarskiego obowiązku (prowadzenie tego bloga ma przecież jakiś, choć nie jeden, cel) muszę o jeszcze dzień lub dwa odwlec opis moich maratońskich katuszy i ten ostatni raz pochylić się na wrześniem Roku Pańskiego 2014.
Źródło: endomondo.com
A wrzesień ów można podzielić na dwa okresy - przed oraz po Biegu Lechitów (ten drugi można by też nazwać między połówką a maratonem, jak się ktoś uprze). W tych pierwszych dwóch tygodniach były podbiegi, było tempo (drugi zakres, jak kto woli) i były także (w tygodniu kończącym się startem) dwusetki. Generalnie jednak bez tłuczenia większej ilości kilometrów, bo najdłuższy trening miał ich szesnaście. Po połówce (a propos, wczoraj złapałem się na czymś już niemal oczywistym - że już od bardzo dawna, słowo połówka nie kojarzy mi się bynajmniej z alkoholem), choć wydawać by się mogło, że może być już tylko wyostrzenie (zwane także z angieska tapperingiem), było jeszcze całkiem intensywnie. Kolejny tydzień zakończył się bowiem dwudziestoma pięcioma kilometrami, w których trzeba było zawrzeć dziesięć, a potem dołożyć jeszcze pięć kilometrów tempa. Cztery dni później trzeba było znowu zaliczyć piętnaście kilometrów tempa, choć tym razem w jednym ciągu. A na niecały tydzień przed maratonem zrobić jeszcze dziesięć tysiączków. Żaden z tych trzech treningów nie dał się zaliczyć do tych rekreacyjnych. Dodajmy jeszcze podbiegi, które na moje własne życzenie zamieniliśmy na kros (nie mogłem sobie odmówić, przy okazji wizyty w (s)portowym mieście Szczecinie, odmówić przyjemności biegania po Lasku Arkońskim) i osiemnastokilometrowy pierwszy zakres w samym środku tygodnia (między krosem a piętnastką tempa) a zyskamy jako taki pogląd tego, jak wyglądały ostatnie szlify przed maratonem. I tylko ten ostatni tydzień (nie licząc tysiączków oraz samego maratonu oczywiście) był całkiem na luzie). Ale tu już wkraczamy na pola październikowe.
Źródło: endomondo.com
Generalnie jednak przez cały wrzesień miałem lekkie wrażenie, że biegam gdzieś jakby obok planów. Kilka korekt i przesunięć trzeba było zrobić. Niemniej, jak spojrzeć na to z pewnej perspektywy, wygląda to całkiem dobrze. Siedemnaście (jeśli wliczyć w to start w połówce) treningów biegowych, a także jedna wizyta na basenie. Prawie dwadzieścia pięć godzin czystego ruchu. I dwieście siedemdziesiąt - o dwadzieścia siedem więcej niż w sierpniu - przebiegniętych kilometrów.

Jak to wszystko przełożyło się na jubileuszowy start na królewskim dystansie, częściowo na pewno już wiecie. Ale na szczegóły trzeba jeszcze ten dzień lub dwa poczekać. A może i trzy lub cztery? No dobra spróbuję ograniczyć się do jak najmniejszej liczby. Niemniej poczekać trzeba. Dobra, kończę posta, bo zaczynam się zapętlać...

7 października 2014

Halo Panie Jacku: O bieganiu w kółko uwag kilka

Halo Panie Jacku!

Chciałem do Pana napisać jeszcze przed moim kolejnym moim startem na dystansie maratońskim, ale... No jakoś w tej, tzw. przedmaratońskiej gorączce nie miałem absolutnie weny do pisania i w sumie kilka rzeczy, które powinienem był napisać jeszcze przed niedzielą piątego października, zostanie w plecione w cykl pomaratońskich podsumowań. A na pierwszy ogień idzie te kilka słów kierowanych do Pana.

Po lekturze Pańskiego ostatniego felietonu chciałem najpierw naszły mnie refleksje na temat moich ścieżek treningowych (tych u siebie i tych wyjazdowych - z racji wykonywanego zawodu również nieco podróżuję, o czym już zapewne wspominałem). Ale już po ukończeniu tego jubileuszowego, dziesiątego biegu na królewskim dystansie postanowiłem nawiązać właśnie to tegoż dystansu i przelać na papier (w wirtualną, rezo-jedynkową rzeczywistość raczej) swoje przemyślenia na temat przebiegu tras maratonów, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które sam pokonałem. Pozwoliłem sobie zatem na małą retrospekcje (to ten moment w filmach, gdy obraz zaczyna charakterystycznie falować) i tak powstała ta oto Subiektywna Klasyfikacja Tras Biegów Maratońskich - w skrócie SKTBM
Biegi w kółko kojarzą mi się z lekcjami wuefu w podstawówce i tzw. pętelką. Na zdjęciu guzik z pętelką
(źródło: Wikimedia)
Typ 1, zwany także klasykiem - Trasa Jędnopętlowa
Dlaczego klasyk? Bo aż połowa (czyli pięć: Warszawki, Wrocławski, Berliński, Poznański w swej czternastej edycji oraz Silesia Marathon) przebiegniętych ukończonych przeze mnie maratonów miały właśnie taki przebieg. Ot, wybiega się z linii startu i biegnie by wrócić mniej więcej (nie zawsze dokładnie) w to samo miejsce. Czasem ani razu nie stawało się na tym samym kawałku asfaltu, jak na przykład w Berlinie, gdzie trasa miała kształt niedomkniętej pętli. Innym zaś razem mała część trasy pokrywała się, gdy na przykład finiszowało się w przeciwnym kierunku niż zaczynało bieg. A czasem trasa krzyżowała się sama ze sobą - taka pętelka na pętli.

Typ 2 - Trasa dwupętlowa
Przypadek niezbyt często spotykany, ale np. maraton w mieście, w którym obecnie mieszkam, przez długie lata miał taki właśnie przebieg. Na linie startu wracało się po przebiegnięciu mniej więcej połowy dystansu, by drugą połowę przebiec tą samą trasą. Niewątpliwą zaletą (niemniej ja osobiście i tak wolę trasy jędnopętlowe) takiego układu jest fakt, że nawet gdy biegniemy w obcym mieście, na tym zdecydowanie trudniejszym odcinku maratonu, wiemy już mniej więcej czego się o trasie spodziewać (choć czasem ignorancja to błogosławieństwo).

Typ 3 - Trasa trzypętlowa
Taki przebieg od lat ma trasa maratonu w Dębnie, która de facto w niewielkim jedynie stopniu przez owo Dębno prowadzi. Taka trasa, oprócz tego, że za trzecim razem czujemy się niemal jak u siebie, ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę. Wystarczy, że mieszkańcy takiego Dębna, jak i jego okolic, wyjdą przed dom (co zresztą mieszkańcy Dębna i okolic chętnie czynią), a już pojedynczy maratończyk może liczyć na trzykrotne wsparcie.

Typ 4 - Trasa udziwniona
Taką nazwę nadałem trasom takich maratonów jak ten w w Krakowie (edycja 2010), Łodzi (2013), czy Pradze (2014). Owo udziwnienie polega na tym, że przez niektóre fragmenty trasy przebiega się tylko raz, przez inne dwa (czasem w tym samym, a czasem w przeciwnych kierunkach), a przez niektóre nawet i trzy. Niemniej najbardziej zapadła mi w pamięć (w formie swego rodzaju traumy) trasa Cracovia Marathon A.D. 2010. Najpierw musieliśmy pokonać pętlę woków Błoni Krakowskich, potem pobiec do Nowej Huty i z powrotem, by na koniec jeszcze (nie raz, lecz) dwa razy obiec Błonie. Czemu to takie straszne? Bo trzeba było przebiec obok mety, mając do niej zarazem jeszcze pięć kilometrów. Gdyby nie to, że ludzie zasadniczo z własnej nieprzymuszonej woli na coś takiego się decydują, nadawało by się to na interwencję ONZ, Amnesty International, a co najmniej Rzecznika Praw Obywatelskich.

Zdefiniowałbym jeszcze trzy typy, z którymi zetknąłem się w biegach na krótszych dystansach (lub osobiście jeszcze się nie zetknąłem, niemniej wiem, że takowe bywają), ale występują również w wersji maratońskiej.

Typ 5 - Trasa czteropętlowa
Przed swoim drugim maratonem biegłem dystans o połowę krótszy w ramach maratonu w Lesznie. Tam właśnie wytyczono pętlę, którą trzeba było pokonać cztery razy by zaliczyć dystans królewski, dwa, aby mieć w nogach połówkę, a jak ktoś chciał, biegł raz i pokonywał ćwierćmaraton.

Typ 6 - Trasa wielopętlowa
Taką formę najczęściej przyjmują rozgrywane na niewielkim obszarze maratony koleżeńskie. Ilość pętli zależy najczęściej od dostępności powyższego obszaru

Typ 7 - Trasa z punktu A do punktu B
Taki przebieg ma chociażby Maraton Bostoński, a na naszym podwórku miał przez jakiś czas maraton, który również przez jakiś czas nazywał się Maratonem Metropolii i prowadził albo z Torunia do Bydgoszczy, albo zgoła odwrotnie.

Nie słyszałem jednak jak do tej pory o maratonie, który miałby trasę, którą ja nazywam na hobbita, czyli tam i z powrotem.

Łącze tradycyjne pozdrowienia od CMcMH
Bartek M.

4 października 2014

O zmywaniu i gotowaniu uwag kilka

Gdyby ktoś dziesięć (a nawet pięć lat temu) powiedział mi, że pewno dnia otrzymam do recenzji książkę kucharską, powiedziałbym mu, że ma urojenia. To luźna parafraza słów współautora (obok Georgie Fear) Książki Kucharskiej dla aktywnych*, Matta Fitzgeralda, ze wstępu do tejże książki. Generalnie do moich największych osiągnięć kulinarnych (jak do tej pory) można zaliczyć usmażenie jajecznicy, omleta, względnie przygotowanie spagetti pod czujnym okiem MONBŻ. A jednak, dzięki uprzejmości wydawnictwa Inne Spacery, kilka (no może kilkanaście) dni temu trafił do mnie egzemplarz sygnalny tejże publikacji. Do lektury przystąpiłem z pewną taką nieśmiałością, ale że na pierwszej stronie wstępu przeczytałem, że ideą książki jest, aby nadawała się ona dla tych, którzy wolą zmywać po obiedzie niż go gotować (To ja! - wykrzyknąłem w duchu), zabrałem się do dalszej lektury.
Zacznijmy może od tego, że Książka kucharska dla aktywnych, jest kontynuacją, a może raczej rozwinięciem, wcześniejszej publikacji Matta Fitzgeralda, Waga Startowa**, w której autor opisał stworzony przez siebie program nie tyle odchudzania, co dążenia do tytułowej wagi startowej. Dodajmy, że opisał bardzo dokładnie (miałem okazję czytać tą książkę, również wydaną przez Inne Spacery, dwa lata temu), wielokrotnie popierając swoje wywody wynikami badań naukowych. Uspokajam jednak, że nie trzeba bezwzględnie (chociaż moim skromnym zdaniem na pewno warto) sięgać po tę wcześniejszą publikację, zanim otworzy się Książkę kucharską. Zaraz za wstępem do tej drugiej znajdziemy bowiem wprowadzenie do programu wagi startowej - poznamy o zestaw sześciu wskazówek związanych z dietą, zrachowaniami i ćwiczeniami, czy też dowiemy się co to jest WJD (Wskaźnik Jakości Diety). Ale właśnie - co to jest ta waga startowa. Otóż jak twierdzi autor obu publikacji, każdy sportowiec wytrzymałościowy posiada swoją indywidualną wagę startową, tj. taką masę (z uwzględnieniem zawartości tłuszczu), przy której waga ciała jest na tyle niska, a wydolność na tyle wysoka, że osiągane wyniki są najlepsze (mam nadzieję, że nie zagmatwałem). Obie książki mają za zadanie pomóc ową wagę startową osiągnąć.

Książka kucharska to oczywiście przepisy. Ale nie tylko. Przede wszystkim, oprócz wspomnianego powyżej wprowadzenia, znajdziemy garść, a nawet pełne garści, praktycznych porad. Takich jak gdzie i jak kupować żywność, gdzie i jak ją przechowywać, czy też jak właściwie powinny wyglądać nawyki żywieniowe sportowca wytrzymałościowego (również sportowca amatora). A już w samym dziale przepisów znajdziemy praktyczne pomysły i porady, np. jak przygotować jajka na trzy sposoby, czy też (tę chyba sobie skseruję i będę nosił w portfelu) jak rozpoznać pieczywo pełnoziarniste (ostatnio pani w piekarni - tak, w piekarni - nie potrafiła mi wskazać, które to).

A jeśli już chodzi o sam dział przepisów, ten podzielony jest na trzy działy:
1. Przepisy dla sportowców początkujących w kuchni
2. Przepisy dla sportowca z pewnym doświadczeniem w kuchni
3. Przepisy dla sportowca, który uwielbia gotować
Jak łatwo się domyślić, poszczególne działy to kolejne poziomy trudności (a może lepiej zabrzmi wtajemniczenia). Autor zastrzega jednak, że ci, którzy zechcą od razu sięgnąć do działu numer trzy, nie będą się nudzić korzystając z dwóch poprzednich. Przepisy w każdym z trzech działów podzielony jest jeszcze na dania śniadaniowe i te przeznaczone na obiat i kolację. A jeśli chodzi o przepisy, to cóż - przyznam szczerze, że trudno mi się wypowiedzieć. Tak bardzo wolę zmywać niż gotować, że nawet niektóre przepisy z działu dla początkujących przyprawiają mnie o zawrót głowy. Nie to, żeby były aż tak skomplikowane. Po prostu co do niektórych składników musiałbym się najpierw mocno zastanowić, gdzie to kupić, a czasem najpierw sprawdzić, co to w ogóle jest i czym to się je. Niemniej sumiennie z tego miejsca chciałem obiecać i się zobowiązać, że się przełamię i wypróbuję kilka, nawet tych bardziej wyszukanych przepisów.

Warto na koniec dodać, że książka jest bogato ilustrowana i niektóre fotografie od razu powodują wzmożoną produkcję enzymów trawiennych. Nie napiszę, że jest to pozycja obowiązkowa, bo nie lubię wyświechtanych haseł, ale moim zdaniem jeśli tylko myślisz o tym by jeść nie tylko zdrowo, ale po prostu dobrze (jak dla mnie pierwsze jest immanentną częścią drugiego), warto to książkę mieć nie tyle w swojej biblioteczce, co w kuchni.

A propos mieć. Książka pojawi się w sprzedaży dosłownie na dniach. Będzie jednak szansa, by otrzymać egzemplarz bezpłatny. Jak tylko rozwiążę konkurs poprzedni, ogłosi się kolejny, w którym nagrodą będą właśnie egzemplarze Książki kucharskiej ufundowane przez wydawcę. Także w najbliższych dniach śledźcie lajkpejdża (w ogóle śledźcie).

*Pełny tytuł to Książka kucharska dla aktywnych. Waga startowa. Przepisy dla sportowców i osób aktywnych
**W tym przypadku z kolei pełny tytuł brzmi Waga Startowa. Jak zeszczupleć by poprawić wyniki sportowe. Plan pięciu kroków dla sportowców wytrzymałościowych

26 września 2014

O triatlonie od a do eee uwag kilka

Moje podejście do książki Marka Kleanthousa Triatlon od A do Z – Treningi do wszystkich dystansów przypomina(ło) moje podejście do triatlonu w ogóle. Jakoś się zebrać i zabrać nie mogłem. Najpierw nie mogłem się wciągnąć w czytanie. Raz przeczytałem kilka stron, potem książka leżała i czekała na mnie i moje zainteresowanie. Gdy znów po nią sięgnąłem i przebrnąłem przez kolejne stron kila, następował kolejny okres leżakowania. Dopiero podczas sierpniowego urlopu wczytałem się na dobre. Tyle, że od tamtej pory nie mogę się zebrać, by podzielić się swoimi z lektury wrażeniami. Zbieram się w końcu zatem.
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Septem
Przede wszystkim na uwagę zasługuje układ książki. Tytuł może nieco mylić – nie jest to bowiem leksykon, a przynajmniej w zdecydowanej większości nie jest – niemniej struktura jest raczej nietypowa. Treść została podzielona na sekcje. 
Sekcja 1, czyli Pierwsze kroki wprowadza czytelnika w tajniki sportu multidyscyplinarnego, jakim jest triatlon. Nazwa sekcji jest dosyć sugestywna, głównym adresatem są bowiem osoby, które zaczynają lub planują swoją przygodę z triatlonem, względnie dopiero o tym myślą. Autor wprowadza czytelnika w tri-świat omawiając niezbędny sprzęt, zwraca uwagę na potrzebę zdrowego i odpowiedniego (wbrew pozorom nie zawsze idzie to w parze) odżywiania oraz opisuje proces przygotowań do pierwszych zawodów. Jednocześnie zachęca, aby decyzję o poważniejszym zaangażowaniu się w trening (w tym zakupienie drogiego sprzętu) podjąć dopiero po pierwszym starcie, najlepiej na dystansie krótszym niż olimpijski. A propos owych krótszych dystansów – jak można dowiedzieć się z treści, wiele krótkich tri-zawodów w USA, na etapie pływackim rozgrywane jest na basenie. O ile mnie pamięć nie myli, raz jeden natknąłem się na taką formę zawodów w naszym kraju.
Sekcja 2 nosi tytuł Poważny trening i jak nie trudno się domyślić podpowiada jak na poważniej zaangażować się w przygodę z triatlonem oraz przygotować się do startu na dystansie olimpijskim (przypomnę, 1500 m pływania, 40 km na rowerze i 10 km biegu). Tu pojawiają się już poważnie brzmiące elementy takie jak teoria treningu, opis poszczególnych rodzajów bodźców treningowych, a nawet (a może przede wszystkim) przygotowanie, które określiłbym jako pozatreningowe, czyli te od strony mentalnej, odpowiedniej regeneracji, czy zarządzania czasem. A propos, żeby na poważnie (choć amatorsko) bawić się w triatlon, trzeba być albo singlem, albo mieć bardzo (ale to bardzo) wyrozumiałego partnera życiowego – względnie partnera współpasjonata.
Sekcja 3 opisuje Przygotowanie do zawodów (i taki tez nosi tytuł), ze szczególnym uwzględnieniem okresu, który bezpośrednio poprzedza moment startu, ale również sam dzień startu, ale również to, co się dzieje i co należy zrobić po przekroczeniu linii mety. Dodajmy że opisuje bardzo szczegółowo.
Sekcja 4 (ostatnia numerowana) dotyczy już jazdy bez trzymanki (oczywiście nie dosłownie), czyli przygotowań do startu na dystansie Ironman i (o połowę krótszym, czyli) Half-Ironman (nie muszę dodawać, że w odwrotnej kolejności?).
Książkę zamykają Sekcja encyklopedyczna, czyli tytułowy w zasadzie Triatlon od A do Z oraz, już chyba tradycyjne w tego typu publikacjach, Dodatki. W dodatkach nie zabrakło oczywiście tabel tempa, jakie należ(ałob)y utrzymywać, aby ukończyć poszczególne etapy w założonym czasie.

Książka zawiera oczywiście gotowe (albo prawie gotowe) plany treningowe. Jak można wywnioskować z tytułu publikacji, plany mające przygotować czytelnika do startu na wszystkich (oczywiście nie na raz i najlepiej po kolei) dystansach. Palny rozpisane są na poszczególne tygodnie, a do każdego tygodnia przypisane są po trzy kluczowe sesje dla każdej z dyscyplin. Jest to forma planu, który określiłbym jako pośrednią między gotowymi rozpiskami, jakich mnóstwo można znaleźć w Internecie, czy wydawnictwach drukowanych, a formą, jaką w swoich książkach proponuje na przykład Joe Friel. Moim zdaniem mocno mylące jest określenie kluczowe sesje. Osobiście, jako kluczowe postrzegam to, co przede wszystkim należy zrobić. Ale kto znajdzie czas na dziewięć (trzy dyscypliny po trzy sesje, nie chce wyjść inaczej) treningów w tygodniu?

Natomiast, nawet jeśli nie zdecydujemy się na skorzystanie z przedstawionych planów, na uwagę (nie tylko triatlonistów – z powodzeniem można zastosować to tylko biegając) zasługuje opracowany przez autora książki sposób oceny swojego poziomu obciążenia treningowego (w skrócie POT). Ów sposób składa się z trzech etapów. W pierwszym należy określić podstawowy POT. Uzależniony jest on przede wszystkim od wieku (dla mnie, jako trzydziestopięciolatka, podstawowy POT wynosi 155 punktów) Oddzielne kategorie stanowią zawodowi triatloniści oraz amatorzy zwyciężający w swojej kategorii. W drugim etapie należy swój POT spersonalizować. Należy zatem uwzględnić negatywne czynniki, takie jak stres, choroba czy brak snu (a nawet fakt oddania krwi), które uszczuplają naszą pulę (uwaga młodzi rodzice: bezsenna noc z powodu dziecka kosztuje dwukrotnie więcej niż normalna noc bez snu, bo aż dziesięć punktów). Pozytywne czynniki to przede wszystkim staż w sporcie, odpowiednia regeneracja oraz dobre nawyki. W ostatnim etapie wydajemy zgromadzone punkty, czyli… trenujemy. Ilość punktów, jakie wydamy uzależnione są od rodzaju, czasu trwania oraz intensywności danego treningu. W ogólnym zaś rozrachunku chodzi o to, by zachować płynność treningową, czyli nie wydawać więcej niż się posiada (można czasem coś odłożyć, względnie zrobić mały debet), co mogłoby prostą droga doprowadzić do przetrenowania.

Podsumowując całość, moim skromnym zdaniem książka napisana jest nieco zbyt chaotycznie. Wynika to poniekąd z koncepcji stopniowego zagłębiania się w świat triatlonu. Również z tego powodu pojawia się dosyć sporo (przynajmniej ja miałem takie odczucie) powtórzeń. Momentami jest aż nazbyt szczegółowa i trudno jest przebrnąć przez opisy poszczególnych, rozpisanych z minutową dokładnością, czynności, nie mówiąc już o ich spamiętaniu. No cóż, może niektórym taki układ i struktura odpowiada – mnie nie za bardzo.
Natomiast, co jeszcze raz podkreślę, naprawdę warto pochylić się nad sposobem oceny obciążenia treningowego. Jeśli tylko stanie mi zapału, w myśl biblijnej zasady Wszystko badajcie, a co szlachetne -  zachowujcie (1 Tes 5:21), postaram się taki nawyk wdrożyć u siebie.

A jeśli chcielibyście sami przekonać się na ile wartościową pozycją jest Triatlon od A do Z, przygotowałem dla Was mały konkurs, w którym mam do rozdania dwa egzemplarze książki. Co należy zrobić? W komentarzu do niniejszego posta należy spróbować mnie przekonać, że warto rozpocząć przygodę z triatlonem (do czego mi się ostatnio nie pali). Konkurs trwa do momentu przekroczenia przeze mnie linii mety Silesia Maraton – czas start.

18 września 2014

O klątwie siódmej litery uwag kilka

Pamiętajcie, że wy macie grać piłką a oni za nią biegać, zwykł mawiał Kazimierz Górski do swoich orłów. A propos biegania, to do wydarzeń ostatniej niedzieli bardziej pasuje inne piłkarskie porzekadło*. Gra się tak, jak przeciwnik danego dnia pozwala. Grać może na trasie Biegu Lechitów nie grałem, ale na to jak biegłem największy wpływ miał przeciwnik, jakim tego dnia okazała się pogoda (warunki atmosferyczne czyli).
Walka na trasie (źródło: gniezno24.com; fot. Rafał Wichniewicz)
Plany na ten dzień były oczywiście ambitne, choć przyznam szczerze nie oszałamiające. Planem minimum była życiówka. O złamaniu godziny trzydzieści nie myślałem (to znaczy myśleć, myślę, ale wiem, że jeszcze trochę muszę poczekać... pardon, popracować), niemniej chciałem się do tego wyniku jak najbardziej zbliżyć. Taktyka jak zawsze przewidywała szybki start a potem już tylko szybciej. Nawet rozpiskę na nadgarstek sobie na tę okoliczność przygotowałem - zastanawiałem się nawet, czy sobie niezmywalnym pisakiem na ręce napisać, ale potem bym musiał z tym chodzić przez kilka dni i w ogóle.

Wróćmy jednak do taktyki i samego biegu. Niewtajemniczonym zdradzę, że Bieg Lechitów rozgrywany jest w formule z punktu A do punktu B. Inaczej ujmując, nie po pętli. Wiąże się to z tym, że zawodnicy, w zdecydowanej większości, na linie startu udają się autokarami zapewnionymi przez organizatorów. Dodaje to zawodom dodatkowego smaczku, choć wiąże się z kilkoma komplikacjami. Po pierwsze, trzeba dużo wcześniej wyjść/wyjechać z domu. Może nie jest to aż taki duży problem. Większy jest ze zjedzeniem na spokojnie ostatniego posiłku. W tym wypadku padło na kanapkę z dżemem spożytą w autokarze. Kolejna komplikacja to fakt, że na linię startu dotarliśmy ponad godzinę przed (no właśnie) startem. Ale nic to, zimno nie było (jak widać każdy kij ma dwa końce), wiec można było się oddać leżeniu na trawie (upraszcza się o nie wpisywanie ingów w komentarzach) i luźnych rozmowom ze znajomymi i nie.

Ale o biegu i o taktyce miało być. Gdy już nadeszła godzina startu rozgrzany i w obstawie tysiąca innych biegaczy, jak również średniowiecznych wojów (wspominałem już, że trasa biegu prowadziła z miejsca chrztu Polski do stóp Katedry Gnieźnieńskiej?) na linii startu (nie na samej oczywiście - tak na oko w piątym rzędzie byłem) i punkt jedenasta ruszyliśmy w stronę Gniezna. Pierwszy kilometr pobiegłem wręcz za szybko (wyprzedzając nieco fakty dodam, że okazał się najszybszym, co pozwoliłem sobie nazwać syndromem startu w upale). Na drugim nieco zwolniłem i zacząłem pilnować wspomnianej taktyki, co udało mi się... do piątego kilometra mniej więcej. Gdy już pozostawiliśmy za sobą (niskie bo niskie, wiejskie bo wiejskie, ale zawsze) zabudowania dostaliśmy taki wmordęwind, który w połączeniu ze sporym podbiegiem pozbawił chyba wszystkich (a mnie na pewno) nadziei na poprawę rekordu życiowego. Na dziesiątym kilometrze zerwałem i wyrzuciłem (trochę wbrew sobie, bo śmiecić nie lubię) rozpiskę z taktyką. Żeby mnie nie denerwowała (cieszyłem się jednocześnie, że nie zdecydowałem się na ściągę naskórną). Na czternastym kilometrze miałem ochotę zejść z trasy (nie pamiętam kiedy przytrafiło mi się to po raz ostatni) - powstrzymało mnie tylko to, że najkrótsza droga do samochodu, który zaparkowałem nieopodal biura zawodów, prowadziła po trasie biegu.

Wigor wrócił mi dopiero, gdy już wbiegliśmy do Gniezna. Pomogli kibice, których jakby się więcej zrobiło. Pomógł tez zbieg tak stromy, że chyba zawierał w sobie sumę wszystkich wcześniejszych podbiegów. A że na owym zbiegu kibiców było naprawdę dużo, nogi niosły same. Inna kwestia, że zaraz za zbiegiem trzeba było mocno skręcić z trasy która prowadziła dokładnie na katedrę. To nieco podcięło skrzydła. A to, że chwilę później minąłem biegacza, któremu pomocy udzielali ratownicy medyczni (a propos, jak na taką pogodę zasłabnięć było naprawdę mało, a przynajmniej ja nie zaobserwowałem), a potem wbiegłem w uliczkę przylegającą do cmentarza, optymizmem bynajmniej nie nadawało. Na szczęście ja jestem z natury optymistą. Wziąłem nawet na tzw. klatę (no może raz czy dwa zakląłem siarczyście w duchu) podbieg na ostatnim kilometrze. Na ostatnich metrach silnik pracował już niemal na najwyższych obrotach. Niemal bo nie do końca było o co walczyć, więc i motywacji nie do końca stanęło. Wynik 1:36:30 na kolana nie powala, ale tyle akurat pozwolił ugrać tego dnia przeciwnik, dysponujący przeciwnym wiatrem i równie przeciwną, wysoką temperaturą.

I mimo malowniczej, atrakcyjnej niewątpliwie trasy (nawet wyłączony tylko częściowo ruch kołowy - czytaj: czasem samochody kluczyły miedzy biegaczami; na szczęście nie na odwrót - nie stanowił większej niedogodności), mimo wysokiego poziomu organizacji, mimo wielu atrakcji towarzyszących (żałowałem że Moje Dziewczyny zostały w domu) bieganie w Gnieźnie, również za sprawą Biegu Europejskiego A.D. 2010, kojarzyć mi się już chyba zawsze będzie z tym samym, z czym kojarzy mi się Grodzisk Wielkopolski. Z pogodą nie dla biegaczy.

A propos Grodziska. W Gnieźnie również biegł mój brat i on akurat życiówkę nabiegał. A tak w ogóle to oba miasta są na tą samą literę. Przypadek?
Źródło: endomondo.com
*Chociaż ostatnio do standardów piłki kopanej wchodzą wypowiedzi typu Pierwszą połowę przespaliśmy, czy Bramkarz był dziś najsilniejszym punktem zespołu.

13 września 2014

Kwestionariusz Blogacza - Nie Sasza mu na imię

Tak jakoś niechcący (proszę nie dopisywać, co można zrobić niechcący) wyszło, że w sierpniu zrobiła się kwestionariuszowa przerwa wakacyjna. A skoro o sierpniu mowa, to sierpień czasami (choć nie zawsze) bywa słoneczny. A jak jest słonecznie, to można poćwiczyć łamaniec językowy szedł Sasza suchą szosą. Powiedzieć biegł (względnie jechał) Błażej suchą szosą nie będzie już takim łamańcem, ale przybliży nas do bohatera dzisiejszego kwestionariusza (domyślacie się już?). A wiecie z czym jeszcze kojarzy mi się sierpień? Z pewnym maratonem, który odbywa się w aglomeracji, w której mieszka Błażej - autor bloga Suchą Szosą. Tak, dziś odpytujemy Błażeja.

Ale najpierw (tradycyjnie zresztą) przypomnę zasady:
Odpowiedz na każde pytanie. Staraj się nie analizować, lecz – jeśli to możliwe – odpowiadać intuicyjnie. Gdy odpowiesz na wszystkie pytania, możesz (ale nie musisz) dopisać do listy kolejne pytanie, na które będą odpowiadać przyszli uczestnicy zabawy.
1. Jaki jest Twój ulubiony dystans?
Taki, którego jeszcze nie biegłem. Największą radość mam z pokonywania dystansów po raz pierwszy.
2. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj treningu?
Bieg bez patrzenia na tętno, tempo, przed siebie, gdzie nogi poniosą. Tyle, że ma on niewiele wspólnego z treningiem, dlatego stosuję go rzadko i głównie w okresach roztrenowania. Jeśli chodzi o typowe treningi, to nie mam swoich faworytów. W treningu lubię różnorodność. Stąd pewnie wziął się triathlon, bo lubię, kiedy w dużo się dzieje. Inaczej się nudzę.
3. Co Cię motywuje do wyjścia na trening?
Wizja zbliżających się zawodów. Dzięki nim mam chęć ciągłego poprawiania się i ciche rywalizacje ze znajomymi.
4. Twoje pierwsze zawody?
Jeśli te w podstawówce się nie liczą, to Bieg Urodzinowy w Gdyni, 25.02.2012 roku. Dystans 10 km. Było zimno i wiało tak, że organizatorzy nie byli w stanie rozstawić hali namiotowej z biurem zawodów i szatniami. Jeśli dołożyć do tego stres związany w pierwszym startem i wielką niewiadomą, to robią się niezapomniane zawody.
5. Wymarzony start w imprezie biegowej?
Maraton w dowolnym miejscu... byle tylko poprzedzało go 3,8 km pływania i 180 km na rowerze.
6. Pod czyim okiem chciał(a)byś trenować?
Czasem łapię się na takiej myśli, że fajnie byłoby, żeby ktoś spojrzał na to moje bieganie bardziej profesjonalnym okiem. Powiedział: to robisz dobrze, a to źle. Wskazał co można poprawić. Potem przypominam sobie, że robię to przecież dla przyjemności i mam trenera, który chociaż może nie ma znanego nazwiska, to rozumie mnie lepiej niż ktokolwiek inny – siebie.
7. Jaka jest Twoja ulubiona książka o bieganiu?
Książki o bieganiu czytam głównie po to żeby znaleźć informacje, które pomogą mi udoskonalić mój plan treningowy. Ciężko więc mówić o ulubionej. Jedyną, którą czytało mi się przyjemnie byli Urodzeni biegacze Chrisa MacDougalla.
8. Dlaczego biegasz?
To jest świetne pytanie, bo odpowiedź na nie cały czas ewoluuje. Na początku chciałem po prostu być w formie. Zawody miały mi tylko pomóc podtrzymać motywację. Potem chciałem sprawdzić, czy dam radę podołać wyzwaniu takiemu jak maraton. Teraz to jest forma doskonalenia się i swoistej medytacji. Wychodzę i mam czas żeby się wyciszyć i przemyśleć wiele spraw. To bardzo pomaga w życiu.
9. Dlaczego blogujesz?
Świetnie się przy tym bawię, a poza tym dzięki blogowaniu poznałem kilka fajnych osób.
10. Jeśli nie bieganie, to?
Pływanie. Uwielbiam tę samotność, ciszę i bulgotanie bąbelków powietrza. Szkoda, że nie mogę być na basenie częściej.
11. Co uznajesz za swoje największe sportowe osiągnięcie?
Od trzech lat ruszam się regularnie i to jest moje największe sportowe osiągnięcie. Wyniki, medale i inne takie, to przy tym sprawa drugorzędna.

Jeszcze pytanie do kolejnych uczestników zabawy:
12. Co byś zmienił/a, gdybyś jeszcze raz zaczynał/a swoją przygodę z bieganiem?


Prawie na koniec dedykacja muzyczna od Błażeja - Wyłączcie monitor, zamknijcie oczy i cieszcie się tym kawałkiem:


A na sam koniec zostawiłem nowość. Tradycją Kwestionariusza Blogacza stała się już możliwość zadawania tzw. pytań dodatkowych. Od dziś będzie to możliwe jedynie za opłatą. A właściwie za wpłatą - na wskazany przez odpytywanego (w tym wypadku Błażeja) cel charytatywny. Zasady są proste: osoby, które zechcą zadać pytanie dodatkowe, deklarują wpłatę na wskazany cel. Zadaniem dodatkowym Błażeja będzie odpowiedzieć na to pytanie – im wyższa zadedykowana kwota wsparcia, tym bardziej rozbudowana odpowiedź (1 zł = 1 zdanie).

Błażej (a ja razem z nim) prosi(my) o wsparcie leczenia córki znajomych Błażeja – Kasi Litki: Szczegóły na stronie: www.victooria.pl/dlakasi. Czas start!

6 września 2014

O tym, że nie zawsze jest ach i och, uwag kilka

Tak dobrze żarło i zdechło! Jest takie, kolokwialne dość – przyznaję, powiedzenie, które doskonale oddaje to, co się wydarzyło w moim bieganiu w sierpniu. Lipiec był wyjątkowy, rekordowy i w ogóle ach i och. A sierpień miał być jeszcze bardziej wyjątkowy, jeszcze bardziej rekordowy i jeszcze bardziej ach i och. Jak się łatwo domyślić, nie był.
Wszystko zaczęło się dokładnie pierwszego sierpnia rano. Podczas biegu tempowego zaczęło mnie boleć lewe kolano. Nie jakoś dramatycznie. Ot ból, nawet za bardzo w bieganiu nie przeszkadzał. Potem, już w ciągu dnia oraz dnia następnego, pojawiły się problemy z jego całkowitym zgięciem. I co zrobił Bartek? Niestety, uznał, że to na pewno chwilowe i przejdzie (no, skoro chwilowe, to przejdzie). W końcu skoro biegać nie uniemożliwia to przecież… I tak, już dzień później wybrałem się na kolejny trening, a dwa dni później zrobiłem nawet dwadzieścia osiem kilometrów, w tym ostatnie osiem w tempie 4:30/km. A propos, nie pamiętam kiedy ostatni raz kończyłem trening na granicy odruchu wymiotnego – zawody owszem, ale treningu sobie nie przypominam. Dodatkowego smaczku temu treningowi dodaje fakt, że mniej więcej po czterech kilometrach złapała mnie burza z gigantyczną ulewą (tzw. ściana wody) i zanim zacząłem odcinek tempowy, moje buty musiały dwa razy wysychać z pełnego nasycenia wodą (za drugim razem, już po burzy, trafiła mi się kałuża po kostki, której nie dało się ominąć nie zmieniając przy tym trasy biegu). Niemniej w poniedziałek noga dokuczała mi tak jakby bardziej. Czy dało mi to do myślenia? Niestety nie (teraz to się biję w pierś i jestem żywym dowodem na prawdziwość pewnego przysłowia o Polaku i mądrości). Po treningu noga dokuczała, ale biegać się dało, więc co? Więc biegałem tak jeszcze cały tydzień. Dopiero, gdy kolano naprawdę zaczęło dokuczać napisałem do Trenejro, że musimy nieco odpuścić. I tak tydzień urlopowy stał się również tygodniem odpoczynku od biegania. Tematu diety na urlopie w ogóle nie poruszam, tak dla bezpieczeństwa (po przecież nie dla spokoju sumienia – ono dobrze wie, co ja przez ten tydzień wyprawiałem).

Po pięciu dniach bez większego forsowania kolana postanowiłem je nieco rozruszać. Bardzo spokojne osiem kilometrów pokazało, że problem nie zniknął, ale jest już dużo lepiej. Trenejro oczywiście zmodyfikował plan (a ten tydzień po powrocie znad morza miał być właśnie najbardziej intensywny) i przed wszystkim zalecił bieganie po miękkim. Dodatkowo dostałem prikaz rolowania się, dlatego też czym prędzej zaopatrzyłem się w dwulitrową butelkę napoju gazowanego w kolorze zbliżonym do małej czarnej, informując przy tym MONBŻ, iż bynajmniej to nie do picia jest (czytaj: nie ruszać!). Oprócz rolowania miałem nie zaniedbywać rozciągania po treningu (ale to akurat u mnie standard) i chłodzić kolano (również po treningu). Cały tydzień był też bardzo spokojny – nie licząc niedzieli, trzy wyjścia na dystans od ośmiu do jedenastu kilometrów plus basen w piątek. Ale za to niedziela! W niedzielę dokładnie drugie tyle (nie licząc basenu oczywiście) – trzydzieści dwa kilometry, w tym ostatnie sześć w tempie czterech i pół minuty na jednego kaema. Trochę się bałem takiego dystansu i na wszelki wypadek zaplanowałem trasę tak, aby odcinek spokojny przebiegał po lesie. Na szczęście dałem radę. Ja liczony razem z kolanem.

Ostatni tydzień sierpnia stał już pod znakiem startu w Nowym Tomyślu. Niestety, jak to się czasem zdarza, praca pokrzyżowała nieco plany i trzeba było je nieco skorygować. Tak więc przed samym startem udało mi się zrealizować tylko jeden trening biegowy, za to całkiem konkretny – tzw. dwusetki. Co cię działo na Chyżej Dziesiątce już wiecie, a w niedzielę (skoro start był w sobotę) dołożyłem jeszcze spokojne dwanaście-ka.
I tak, miesiąc, który miał być rekordowy prezentuje się dosyć blado, jeśli spojrzeć na kilometraż (ponad sto kilometrów mniej niż w sierpniu). Ale podobno najgorszy plan treningowy, to ten zrealizowany w stu procentach. Ogólny obraz sierpnia poprawia również życiówka z minionej soboty. I tylko wciąż się zastanawiam, gdzie leży przyczyna zaistniałej sytuacji i czy mogłem jej uniknąć. Pewnie niepotrzebnie się zastanawiam, bo przecież na przeszłość wpływu już nie mam. Mam na teraźniejszość. Trzeba zatem trenować (dodajmy trenować mądrze). Maraton przecież już za miesiąc (bez jednego dnia)!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...