24 października 2016

O szeroko rozumianym nowym uwag kilka

To będzie dosyć krótki post. I konkretny również dość. Chciałbym bowiem jakoś podsumować ostatnie kilka miesięcy mojego biegania - miniony sezon w zasadzie. I chyba najlepiej to co się wydarzyło oraz co się nie wydarzyło, co udało mi się osiągnąć, a zwłaszcza czego się nie udało, podsumuje niniejszy obrazek:
Źródło: marekraczkowskicartoons.blogspot.com
Lepiej zapewne jest znana jego pełna wersja, ale ta pozwala mi na pozostawienie małego niedopowiedzenia (to raz) oraz spuszczenia zasłony milczenia (to dwa).
A zatem, pozostawiając to, co za mną, a dążąc do tego, co przede mną, postanowiłem ogłosić światu, za pomocą tegoż bloga (a jakże) moje dalekosiężne maratońskie plany.

Otóż postanowiłem w ciągu najbliższych kilku lat przebiec szesnaście kolejnych maratonów w każdym z województw naszego pięknego kraju.

Założenia do projektu są następujące:
Po pierwsze - trzymam się starej sprawdzonej zasady nie więcej niż dwa maratony w roku; jak więc łatwo policzyć owe kilka lat to minimum osiem.
Po drugie - będę dążył, w miarę możliwości moich i maratonów, do tego, aby startować w biegach ulicznych i na atestowanej trasie, organizowanych w tzw. podstawowym sezonie maratońskim (w skrócie PSM), czyli wiosną (kwiecień-maj) i jesienią (wrzesień-październik).
Po trzecie - na pierwszy ogień idą (a może biegną) te imprezy, z którymi mam rachunki do wyrównania.
Po czwarte - na sam finał pozostawiam sobie maraton na własnym podwórku rzecz jasna.

Uwzględniając powyższe założenia wstępny harmonogram przedstawia się następująco:
  1. Wiosna 2017 - Cracovia Maraton
  2. Jesień 2017 - Maraton Warszawski
  3. Wiosna 2018 - Maraton Łódzki
  4. Jesień 2018 - Wrocław Maraton
  5. Wiosna 2019 - Gdańsk Maraton
  6. Jesień 2019 - Silesia Marathon
  7. Wiosna 2020 - Maraton Dębno
  8. Lato 2020 - Maraton Wigry
  9. Wiosna 2021 - Maraton Opolski
  10. Jesień 2021 - Lubuski Festiwal Biegowy
  11. Wiosna 2022 - Maraton Mazury
  12. Jesień 2022 - Toruń Marathon
  13. Wiosna 2023 - PZU Maraton Lubelski
  14. Jesień 2023 - Maraton Rzeszowski
  15. Wiosna 2023 - Cross Maraton Przez Piekło do Nieba
  16. Jesień 2023 - PKO Poznań Maraton
Pod największym zapytaniem stoją póki co pozycje ósma, dziesiąta, jedenasta i piętnasta. A to z uwagi na termin, trasę lub jedno i drugie. Ale póki co, nie znalazłem w przedmiotowych województwach nic, co by w większym stopniu odpowiadało postawionym na samym początku warunkom brzegowym (zastanawiające jest na przykład, że w Kieleckiem jest organizowany raptem  jeden maraton). Niemniej przez te osiem lat wiele może się zmienić.

A cel najbliższy to urwanie godziny, dwudziestu jeden minut i czterdziestu jeden sekund z mojego maratońskiego debiutu, w tym mieście, w którym ów debiut miał lat temu niemal siedem miejsce. Tak, zamierzam (jak to mawia Trenejro) rozmienić trójkę w Grodzie Kraka.
Źródło: www.magazynbieganie.pl
Czeka mnie wprawdzie ciężka orka i trudne do formy powroty, ale...

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

26 czerwca 2016

O bieganiu kontra reszta życia uwag kilka

Tak mniej więcej od jesiennego maratonu w Poznaniu wciąż i nieodmiennie mam wrażenie, że gonię własny ogon. Wciąż i wciąż nie idzie (a może powinienem napisać nie biegnie) mi niestety. Wciąż nie mogę złapać własnego rytmu. Postaram się wytłumaczyć to na przykładzie ostatnich trzech tygodni.

W drugim tygodniu czerwca spędziłem prawie cały tydzień na delegacji na Podkarpaciu w Małopolsce. Była to poniekąd świetna okazja do biegania w nowych lub mało znanych miejscach. I tu akurat mogę się pochwalić, że z tej okazji udało mi się skorzystać. Najpierw był Sandomierz. A był we wtorek, czyli (aktualnie) dzień podbiegów. Kto zna Sandomierz, ten wie, że o podbiegi tam nie trudno. Właściwie centrum tego miasta to jeden wielki podbieg. Tak więc zwiedziłem sobie w miarę dokładnie rynek i okolice, a zamiast podbiegów był kros pasywny po utwardzonym.
Wykres tętna i wysokości podczas wycieczki po Sandomierzu (źródło: endomondo.com)
Nazajutrz nocowałem (dla odmiany) w Krakowie. Ponieważ jednak Kraków to miasto nieco większe od Sandomierza, nocowanie w hotelu na przedmieściach w tym wypadku utrudniało bieganie po starówce. Postanowiłem jednak sprawdzić jak daleko, metodą na hobbita uda mi się dobiec. Udało mi się dotrzeć do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a do samego Wawelu miałem już tylko tzw. kawałek. Ale co robić - jak na hobbita, to jest jeszcze z powrotem.
Niezbyt skomplikowana trasa wycieczki po Krakowie (źródło: endomondo.com)
A propos powrotów, to gdy wróciłem do siebie do Poznania, życie postanowiło mi przypomnieć, że nie składa się wyłącznie z biegania. Po trzech dniach posuchy biegowej, udało mi się zaliczyć niedzielne wybieganie, więc sobotni trening odrabiałem w poniedziałek.

W kolejnym tygodniu miało być oczywiście lepiej. Ale tu, nie pamiętam już który to już raz, spadło na mnie z wielką mocą coś, co zwykłem nazywać ciągiem niefortunnych zdarzeń. Zdarzenia związane były głownie z pracą, ale i życie rodzinne, a nawet zdrowie (ale to akurat wynikało z mojego zachowania w postępowania w pewnych kwestiach) dołożyło trzy grosze. Dość powiedzieć, że przez kolejne osiem (tak tak, osiem) dni nie udało mi się założyć butów do biegania ani razu.

Teraz staram się raz jeszcze zrealizować te plany, które miałem na drugi (podkarpacko-małopolski) tydzień czerwca. Już wiem, że w stu procentach mi się nie uda. Ale gonie ten ogon dalej. Jakoś dobiegnę do końca czerwca. A może lipiec w końcu będzie lepszy?

8 czerwca 2016

O powrotach do źródeł uwag kilka

Jeśli co miesiąc dostajesz mejla od producenta znanej aplikacji, to wiedz, że coś się dzieje. Że się Endomondo tobą (niczym pewna sieć sklepów wielkopowierzchniowych) interesuje! Zasadniczo i pobieżnie (cytując klasyka), miło że się mną endomondo interesuje. Ale sęk w tym, że za dużo się nie dzieje. A mejl informujący, że to był aktywny miesiąc, gdy w miesiącu owym pokonałem niecałe siedemdziesiąt kilometrów, jest co najmniej nadużyciem. Semantycznym, ale zawsze.
Ech, gdzie te misące z trzystoma kilometrami na liczniku? (źródło: endomono.com)
Fakty są następujące. Wciąż wychodzę z dołka. Niestety dołek jest wielopłaszczyznowy, co wychodzenia nie ułatwia. Ale jestem niemal pewien, że widać już światełko w tym tunelu (a metafora goni metaforę). Pocieszające jest jednak to, że ponoć tzw. efekt falowania jest immanentną cechą bytów ludzkich. Nie może przecież ciągle być dobrze. Ale na pewno może być lepiej. Teraz będzie lepiej – to jest moja wersja i jej będę się trzymał. Jeszcze zobaczycie – w czerwcu nabiegam więcej niż od marca do maja razem wzięte. Tak będzie!

Tym czasem coś z zupełnie innej beczki (niczym u innego – innego niż ten przywołany w pierwszych zdaniach niniejszego postu – klasyka). W Dzień Matki miałem okazję (okazję zawdzięczam trzymającej podówczas rękę na pulsie innej matce, czyli MBŹ) obejrzeć w drugim programie telewizji publicznej (czy tam narodowej) krótki reportaż, którego bohaterką była koleżanka po blogu, czyli Agnieszka. Agnieszka wspomniała w reportażu również o swoim blogu (ciekawe jak mocno skoczyła jej liczba wyświetleń?) i powiedziała, że traktuje go jako swój biegowy pamiętnik (albo jakoś tak – nie potrafię sobie teraz przypomnieć jakich dokładnie słów użyła). Ta myśl musiała mi prze kilka dni kołatać się gdzieś po podświadomości, po czym wróciła wraz z refleksją, że przecież ja też tak zaczynałem. A potem trochę mi się to wszystko rozmyło. Wciąż miałem nowe pomysły na tego swojego bloga i odnoszę wrażenie, że zaprowadziło mnie to wszystko w ślepy zaułek (to jedna z warstw wspominanego dołka.

Zatem rzecz jest taka, że postanowiłem wrócić do źródeł (ależ to poważnie brzmi). Więc pewne rzeczy się zapewne zmienią. Inne zaś niekoniecznie. Na pewno nazwa bloga pozostaje aktualna – zamierzam przebiec maraton. Z tym że kolejny, co oczywiste. A co mniej oczywiste (choć nie jest też zaskoczeniem) ten najbliższy zamierzam przebiec w czasie krótszym niż trzy godziny. Zatem żegnam się tradycyjnym Do roboty!

27 maja 2016

O tym, że drużyna daje kopa, uwag kilka

Od czego by tu zacząć? Jak mawiała noblistka, pierwsze zdanie jest najtrudniejsze. Czyli powinno być już łatwo, bo w zasadzie właśnie piszę trzecie. Ale wcale łatwiej nie jest. W zasadzie nadal nie wiem co napisać. No może poza tym, że czuję się niemal jakbym po raz pierwszy miał napisać relację zawodów. Pisanie, że to mój powrót do startów, byłoby znacznym nadużyciem semantycznym, ale tak trochę się czuję. Jakbym wrócił z podróży. Może nie dalekiej. Ale podróży.

W każdym razie w miniony weekend, konkretnie w niedzielę, pobiegłem najdłuższą zmianę w sztafecie maratońskiej XLPL Ekiden, której czwarta edycja odbyła się w tzw. Mekce poznańskich biegaczy (ja akurat tego zdania) czyli nad Jeziorem Maltańskim. A tak konkretnie to wokół tegoż jeziora, które aby obiec, należy pokonać 5400 m. Ale jeśli je obiec niecałe osiem razy, pokona się (tak tak) pełny maraton. Caluśkie czterdzieści dwa kilometry i sto dziewięćdziesiąt pięć metrów. I tak właśnie zrobiliśmy (już śpieszę donieść, co za my).
Sztafeta maratońska to bieganie... (źródło: Fotografia Tomasz Szwajkowski)
Idea wspólnego startu w maratońskiej sztafecie zrodziła się w gronie rodzinnym, w którym biegaczy ostatnio jakby coraz więcej. Wstępnie do składu wytypowani zostali: Moja Biegająca Żona, Takoż Biegająca Szwagierka oraz moja skromna osoba. Kolejnym murowanym kandydatem był Brat Mój Przyrodni. Jeszcze kolejnym Biegająca Koleżanka (nazwijmy ją na potrzeby tej opowieści Marta – nie powinna się obrazić, bo faktycznie ma tak na imię) oraz jej Ślubny (z imienia Mariusz), który wprawdzie nie biega, ale na to jedno okrążenie Malty postanowił się porwać. Nazwa drużyny nasunęła się sama – skoro ja, Brat i Żona nosimy to samo nazwisko na em, Szwagierka wprawdzie inne, ale również na em, a do tego Marta i Mariusz, ochrzciliśmy się emenemsy. Problem pojawił się dopiero, gdy z zespołu wykruszył nam się Mariusz (bo nie dość, że brak szóstej osoby, to jeszcze trzeba ją dobierać według klucza). Ale poradziliśmy sobie, zachowując przy tym tak zwaną twarz. Dołączyła do nas znana i lubiana (no ba!) biegaczka, która wprawdzie imię nosi na ka, a nazwisko na wu, ale szerzej znana jest jako Biegająca Matka (matka – na em).
kibicowanie...
Sztafeta maratońska ma to do siebie, że o ile nie zbierzesz ekipy biegaczy, takich że krew, pot i łzy, więcej w tym pikniku niż czystego biegania. Aura zapowiadała się zatem obiecująco – dżdżu wcale, za to słońca owszem. Jak się okazało było aż za ciepło i nawet biwakująca część ekipy (wliczając osoby towarzyszące, w większości dzieci) pożądała cienia, niczym kania (nomen omen) dżdżu. Biegacze na cień nie mogli liczyć już prawie wcale. A szukaliśmy go jeszcze zanim biec zaczęliśmy. My, czyli ja i Brat, któremu to przypadła pierwsza zmiana (niecałe dwa okrążenia), którzy stawiliśmy się na miejscu jako pierwsi. Brat ruszył na start, potem na trasę, ja zaś odebrałem resztę tzw. ekipy, która w międzyczasie przybyła. Pomogłem im się przemieścić, a następnie sam począłem się gotować do swojej zmiany. Choć też za bardzo nie musiałem bo mieszanka aury (zewnętrznej) i emocji (wewnętrznej) sprawiła, że gotowałem się, zanim jeszcze dostrzegłem czerwoną koszulkę najmłodszego członka (nie dalej jak dzień wcześniej ukończył dwadzieścia sześć wiosen) naszej radosnej drużyny. Gdy ten ukończył swój bieg, pałeczkę (w równie radosnym, jak nasza grupa, kolorze fioletowym) – dosłownie i w przenośni – przejąłem ja.
niepowtarzalny multimedal...
Cel nie był nazbyt ambitny – niezbyt wolne, ale spokojne rozbieganie (nie mam ostatnio za wiele kilometrów w nogach). I tak też starałem się zacząć – spokojnie. Jakież było moje zaskoczenie (całkiem pozytywne), że owo spokojnie przełożyło się tempo około 4:45/min. Tak mniej więcej do trzeciego kilometra, gdy upał już naprawdę zaczął dawać się we znaki, a tempo zaczęło spadać (najpierw w okolice 5:00/km). Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej na czwartym kilometrze dziesięciokilometrowej trasy z takim wytęsknieniem oczekiwał jej końca. Na szczęście pod koniec pierwszego okrążenia otrzymałem nieco (a nawet sporo) mentalnego wsparcia, z którym ruszyłem na kolejne okrążenie. Upał dawał się we znaki ostro, ale ja robiłem swoje. Tym razem nie pilnowałem tempa. Pilnowałem samopoczucia. Kiepskiego, ale pilnowałem. Chwytałem tez każdej okazji, aby się ochłodzić. Cienia wprawdzie jak na lekarstwo, wiatr bardziej przeszkadzał, niż pomagał. Ale były na trasie trzy punkty z wodą. Mogły być wprawdzie lepiej rozmieszczone, ale przyznać trzeba, że były trzy. Choć dodać także należy, że (jak słyszałem) późniejsze zmiany nie miały już do dyspozycji takiej ilości wody jak chociażby ja. A ja, skoro mogłem, korzystałem garściami (żeby nie było, żem samolubny – woda była z kranu, więc nie mogłem wiedzieć, że mogą być braki): łapałem wszystkie możliwe kubki, ale wypijałem jeden. Reszta (a właściwie jej zawartość) lądowała na głowie. Pod koniec po prostu krzyczałem do wolontariuszy, że mają lać (nomen omen za metą wypiłem dopiero trzeci z kubków, które wziąłem do ręki). Niewiele jednak to pomagało. Upał za to pomógł mi pobić pewien osobisty rekord. Na ostatnim kilometrze. Przy tempie około 5:15/km odnotowałem tętno 185. Na finiszu 188 przy tempie 5:00/km.
ale przede wszystkim tzw. timspiryt* :-D
Ostatecznie swoją zmianę pokonałem w czasie 0:54:35. Jako drużyna 3:48:45 i 178 na 286 sztafet które dotarły do mety. Są jednak rzeczy ważniejsze od wyniku. Jak bardzo górnolotnie by to nie zabrzmiało, liczy się przecież duch zespołu. I jeszcze jedno – dla połowy tegoż zespołu był to maratoński debiut. Póki co jeszcze nie indywidualny (to samo ja mogę powiedzieć o sobie, jeśli chodzi o łamanie trójki w maratonie – też mi się udało, choć jeszcze nie indywidualnie), ale na jesień zapowiada się co najmniej jeden osobisty (to się również tyczy mojego łamania trójki). Reasumując, uznaję tę sztafetę jako optymistyczny prognostyk na nadchodzące jesienne (nie tylko moje) starty. I tego się będę trzymał!

*Na zdjęciu od lewej: Szwagierka, Marta, Marty Córka Młodsza, Brat, Moja Córka Młodsza, Biegająca Matka, Matki Córka Młodsza, Moja Córka Starsza, Moja Biegająca Żona oraz ja. Z kadru uciekli: Syn Szwagierki, Marty Córka Starsza oraz Marty Małżonek Mariuszem Zwany, zdjęcie wykonujący.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...