9 sierpnia 2017

Wpis 454, w którym tak jakby zaczynam od nowa

Do maratonu pozostało 66 dni. Do tej pory stawałem na jego starcie trzynastokrotnie. Dwanaście razy dotarłem do mety. Ostatni raz jesienią dwa tysiące piętnastego roku. Od tamtego czasu na tym blogu pojawiły się raptem dwadzieścia cztery wpisy, a moja forma sprzed dwóch lat jest tylko mglistym wspomnieniem. Tylko marzenia zostały...

Kiedyś, w tak zwanych starych dobrych czasach (sic!), gdy z sezonu na sezon coraz bardziej śrubowałem swoje życiówki, zastanawiałem się, co będzie jeśli trafi mi się kontuzja. W życiu bym na to nie wpadł, że może mi się trafić mentalna. Tak, tak - to co się działo ze mną przez minione kilkanaście miesięcy to kwestia przede wszystkim mojej głowy. Gdzieś zgubiłem motywację!

No właśnie - motywację! Założyłem tego bloga krótko po narodzinach Córki Starszej i podjęciu decyzji o rozpoczęciu przygotowań do pierwszego maratonu. Cel tego bloga był dosyć jasny - motywacja właśnie. Na początku był nieco siermiężny (wpis numer jeden widoczny poniżej), bowiem traktowałem go tylko jako dzienniczek biegowy. Suche fakty. Z czasem nieco, a potem całkiem mocno wyewoluował. Długo jednak dawał mi wiele radości. A potem...
Nie chcę pisać, że umarł śmiercią naturalną. Ale faktem jest, że przestałem pisać. I ciekaw jestem bardzo, kto jeszcze oprócz mnie dostrzega już pewną prawidłowość. Odkąd przestałem w miarę regularnie pisać na bloga, moja biegowa forma poszła w dół (i cały misterny plan też - jak mawiał klasyk). Przypadek?
Przybyło mi osiem lat, trochę włosów (w tym kilka siwych) i ... dwa kilo wagi :-/

A zatem wracam do źródeł. Blog wróci do życia a ja do formy! Zobaczycie!
Wracam do źródeł, a więc blog ma być moim motywatorem i formą dziennika biegowego zarazem. Oczywiście nie w takiej siermiężnej formie jak sprzed ośmiu lat. A w jakiej konkretnie? A to trzeba będzie tu zaglądać, aby się przekonać.

A teraz dosłownie dwa słowa o planach na przyszłość. Przede wszystkim (a to ci niespodzianka) wciąż zamierzam złamać barierę trzech godzin w maratonie (przy okazji reaktywacji blog otrzyma nowy podtytuł). Zdaję sobie jednak sprawę, że w roku bieżącym jest mało prawdopodobne. Będzie to zatem moim wyzwaniem na rok następny to jest A.D. 2018. Tymczasem zamierzam po prostu wrócić na trasę mojego ulubionego dystansu - i przede wszystkim znów, po dwóch latach, dotrzeć do mety. Niemal równo po dwóch latach, bo choć ostrzyłem zęby na stolicę, zdecydowałem się ostatecznie na własne podwórko i 18 Maraton Poznański. A potem się zobaczy...

A jako się rzekło, motywacja jest celem pisania tego bloga, a dobrze by było, gdyby ona nie tylko wewnętrzna był, kolejnego klasyka cytując zapytam: Pomożecie?

PS. Planu przebiegnięcia maratonu w każdym z województw nie porzucam, ale na razie na jakiś czas odkładam.

24 października 2016

O szeroko rozumianym nowym uwag kilka

To będzie dosyć krótki post. I konkretny również dość. Chciałbym bowiem jakoś podsumować ostatnie kilka miesięcy mojego biegania - miniony sezon w zasadzie. I chyba najlepiej to co się wydarzyło oraz co się nie wydarzyło, co udało mi się osiągnąć, a zwłaszcza czego się nie udało, podsumuje niniejszy obrazek:
Źródło: marekraczkowskicartoons.blogspot.com
Lepiej zapewne jest znana jego pełna wersja, ale ta pozwala mi na pozostawienie małego niedopowiedzenia (to raz) oraz spuszczenia zasłony milczenia (to dwa).
A zatem, pozostawiając to, co za mną, a dążąc do tego, co przede mną, postanowiłem ogłosić światu, za pomocą tegoż bloga (a jakże) moje dalekosiężne maratońskie plany.

Otóż postanowiłem w ciągu najbliższych kilku lat przebiec szesnaście kolejnych maratonów w każdym z województw naszego pięknego kraju.

Założenia do projektu są następujące:
Po pierwsze - trzymam się starej sprawdzonej zasady nie więcej niż dwa maratony w roku; jak więc łatwo policzyć owe kilka lat to minimum osiem.
Po drugie - będę dążył, w miarę możliwości moich i maratonów, do tego, aby startować w biegach ulicznych i na atestowanej trasie, organizowanych w tzw. podstawowym sezonie maratońskim (w skrócie PSM), czyli wiosną (kwiecień-maj) i jesienią (wrzesień-październik).
Po trzecie - na pierwszy ogień idą (a może biegną) te imprezy, z którymi mam rachunki do wyrównania.
Po czwarte - na sam finał pozostawiam sobie maraton na własnym podwórku rzecz jasna.

Uwzględniając powyższe założenia wstępny harmonogram przedstawia się następująco:
  1. Wiosna 2017 - Cracovia Maraton
  2. Jesień 2017 - Maraton Warszawski
  3. Wiosna 2018 - Maraton Łódzki
  4. Jesień 2018 - Wrocław Maraton
  5. Wiosna 2019 - Gdańsk Maraton
  6. Jesień 2019 - Silesia Marathon
  7. Wiosna 2020 - Maraton Dębno
  8. Lato 2020 - Maraton Wigry
  9. Wiosna 2021 - Maraton Opolski
  10. Jesień 2021 - Lubuski Festiwal Biegowy
  11. Wiosna 2022 - Maraton Mazury
  12. Jesień 2022 - Toruń Marathon
  13. Wiosna 2023 - PZU Maraton Lubelski
  14. Jesień 2023 - Maraton Rzeszowski
  15. Wiosna 2023 - Cross Maraton Przez Piekło do Nieba
  16. Jesień 2023 - PKO Poznań Maraton
Pod największym zapytaniem stoją póki co pozycje ósma, dziesiąta, jedenasta i piętnasta. A to z uwagi na termin, trasę lub jedno i drugie. Ale póki co, nie znalazłem w przedmiotowych województwach nic, co by w większym stopniu odpowiadało postawionym na samym początku warunkom brzegowym (zastanawiające jest na przykład, że w Kieleckiem jest organizowany raptem  jeden maraton). Niemniej przez te osiem lat wiele może się zmienić.

A cel najbliższy to urwanie godziny, dwudziestu jeden minut i czterdziestu jeden sekund z mojego maratońskiego debiutu, w tym mieście, w którym ów debiut miał lat temu niemal siedem miejsce. Tak, zamierzam (jak to mawia Trenejro) rozmienić trójkę w Grodzie Kraka.
Źródło: www.magazynbieganie.pl
Czeka mnie wprawdzie ciężka orka i trudne do formy powroty, ale...

31 sierpnia 2016

O tym, że zawsze trzeba widzieć jasną stronę życia, uwag kilka

Pozytywnego coś, pozytywnego coś
Tak bardzo chciałbym dać dziś...
Sobie. Od kilku już tygodni zbieram się. Zbieram się by napisać posta, który rozpoczynać mógłby się od słów pozytywnego, tudzież optymistycznego. A tu ciągle coś.
Jutro kończą się wakacje. Wakacje, których biegowo na pewno nie będę wspominał dobrze.

Druga połowa czerwca jeszcze jako tako (jak to mówią). Wprawdzie wciąż goniłem własny ogon, wciąż nadrabiałem zaległości i wciąż przekładałem trening za treningiem.
Źródło: endomondo.com
Ale gdzieś na początku lipca zaczęło to wreszcie wyglądać dobrze. Powiem więcej, wręcz zaczęło się rozkręcać. I choć siedemnastego na Nocnej Maniackiej Piątce nie nakręciłem wyniku który by mnie satysfakcjonował, zacząłem wreszcie czuć się dobrze ze swoim bieganiem.
Źródło: endomondo.com
A potem przyszedł tydzień, który chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Wiele się działo rzeczy niefajnych. Dość powiedzieć, że na sam koniec odszedł mój Dziadek (Dziadziuś - tak się przecież do niego, dzieckiem będąc, ale i też już nie będąc, zwracałem).
Po pogrzebie dziadka wyjechaliśmy z Poznania, a ja znowu zacząłem szukać radości życia. W bieganiu między innymi. Dość powiedzieć, że pięć z siedemnastu biegowych dni lipca, to pięć ostatnich dni tegoż miesiąca.
Źródło: endomondo.com
Sierpień też zaczął się niczego sobie. Zmieniliśmy tzw. miejscówkę, ale wciąż poza Poznaniem. A ja połykałem z coraz większą satysfakcją kolejne kilometry. Ale potem do Poznania powróciliśmy. Niby nic w tym złego - Poznań pięknym miejscem jest - ale wkrótce po naszym powrocie do stolicy Pyrlandii odwiedził nas gość. Tak zwana jelitówka. Najpierw dzieci, potem MBŻ, a na końcu ja. Czyli opieka nad domownikami plus chorowanie plus dochodzenie do siebie w ogólnym rozrachunku daje kolejne dwanaście dni bez biegania z rzędu.
I wtedy coś we mnie pękło. Napisałem do Trenejro, że muszę po prostu na jakiś czas przestać się spinać. Trochę poluzować - naciągnąć sprężynę. I że nie będę zmieniał planów startowych, niemniej chcę, również na zawodach, pobiegać na tzw. luzie. I jeszcze, że chciałbym też na jakiś czas zredukować ilość treningów w tygodniu do czterech. I że myślę, że to pozwoli mi trochę przewietrzyć głowę (przede wszystkim głowę).
Źródło: endomondo.com
Tak sobie myślę, że jak trochę odpuszczę, to odnajdę raz jeszcze radość biegania. A potem znów będzie mi się chciało dążyć do lepszego siebie. I owszem, złamię tę trójkę. I kiedyś, parafrazując pewien dowcip o Jasiu, który wraca do domu z niezbyt satysfakcjonującą cenzurką, jeszcze będziemy się śmiali patrząc na żniwo tegorocznych wakacji.
Źródło: endomondo.com
A tak w ogóle to najlepszego z okazji Dnia Bloga (3108 Day)!

26 czerwca 2016

O bieganiu kontra reszta życia uwag kilka

Tak mniej więcej od jesiennego maratonu w Poznaniu wciąż i nieodmiennie mam wrażenie, że gonię własny ogon. Wciąż i wciąż nie idzie (a może powinienem napisać nie biegnie) mi niestety. Wciąż nie mogę złapać własnego rytmu. Postaram się wytłumaczyć to na przykładzie ostatnich trzech tygodni.

W drugim tygodniu czerwca spędziłem prawie cały tydzień na delegacji na Podkarpaciu w Małopolsce. Była to poniekąd świetna okazja do biegania w nowych lub mało znanych miejscach. I tu akurat mogę się pochwalić, że z tej okazji udało mi się skorzystać. Najpierw był Sandomierz. A był we wtorek, czyli (aktualnie) dzień podbiegów. Kto zna Sandomierz, ten wie, że o podbiegi tam nie trudno. Właściwie centrum tego miasta to jeden wielki podbieg. Tak więc zwiedziłem sobie w miarę dokładnie rynek i okolice, a zamiast podbiegów był kros pasywny po utwardzonym.
Wykres tętna i wysokości podczas wycieczki po Sandomierzu (źródło: endomondo.com)
Nazajutrz nocowałem (dla odmiany) w Krakowie. Ponieważ jednak Kraków to miasto nieco większe od Sandomierza, nocowanie w hotelu na przedmieściach w tym wypadku utrudniało bieganie po starówce. Postanowiłem jednak sprawdzić jak daleko, metodą na hobbita uda mi się dobiec. Udało mi się dotrzeć do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, a do samego Wawelu miałem już tylko tzw. kawałek. Ale co robić - jak na hobbita, to jest jeszcze z powrotem.
Niezbyt skomplikowana trasa wycieczki po Krakowie (źródło: endomondo.com)
A propos powrotów, to gdy wróciłem do siebie do Poznania, życie postanowiło mi przypomnieć, że nie składa się wyłącznie z biegania. Po trzech dniach posuchy biegowej, udało mi się zaliczyć niedzielne wybieganie, więc sobotni trening odrabiałem w poniedziałek.

W kolejnym tygodniu miało być oczywiście lepiej. Ale tu, nie pamiętam już który to już raz, spadło na mnie z wielką mocą coś, co zwykłem nazywać ciągiem niefortunnych zdarzeń. Zdarzenia związane były głownie z pracą, ale i życie rodzinne, a nawet zdrowie (ale to akurat wynikało z mojego zachowania w postępowania w pewnych kwestiach) dołożyło trzy grosze. Dość powiedzieć, że przez kolejne osiem (tak tak, osiem) dni nie udało mi się założyć butów do biegania ani razu.

Teraz staram się raz jeszcze zrealizować te plany, które miałem na drugi (podkarpacko-małopolski) tydzień czerwca. Już wiem, że w stu procentach mi się nie uda. Ale gonie ten ogon dalej. Jakoś dobiegnę do końca czerwca. A może lipiec w końcu będzie lepszy?

8 czerwca 2016

O powrotach do źródeł uwag kilka

Jeśli co miesiąc dostajesz mejla od producenta znanej aplikacji, to wiedz, że coś się dzieje. Że się Endomondo tobą (niczym pewna sieć sklepów wielkopowierzchniowych) interesuje! Zasadniczo i pobieżnie (cytując klasyka), miło że się mną endomondo interesuje. Ale sęk w tym, że za dużo się nie dzieje. A mejl informujący, że to był aktywny miesiąc, gdy w miesiącu owym pokonałem niecałe siedemdziesiąt kilometrów, jest co najmniej nadużyciem. Semantycznym, ale zawsze.
Ech, gdzie te misące z trzystoma kilometrami na liczniku? (źródło: endomono.com)
Fakty są następujące. Wciąż wychodzę z dołka. Niestety dołek jest wielopłaszczyznowy, co wychodzenia nie ułatwia. Ale jestem niemal pewien, że widać już światełko w tym tunelu (a metafora goni metaforę). Pocieszające jest jednak to, że ponoć tzw. efekt falowania jest immanentną cechą bytów ludzkich. Nie może przecież ciągle być dobrze. Ale na pewno może być lepiej. Teraz będzie lepiej – to jest moja wersja i jej będę się trzymał. Jeszcze zobaczycie – w czerwcu nabiegam więcej niż od marca do maja razem wzięte. Tak będzie!

Tym czasem coś z zupełnie innej beczki (niczym u innego – innego niż ten przywołany w pierwszych zdaniach niniejszego postu – klasyka). W Dzień Matki miałem okazję (okazję zawdzięczam trzymającej podówczas rękę na pulsie innej matce, czyli MBŹ) obejrzeć w drugim programie telewizji publicznej (czy tam narodowej) krótki reportaż, którego bohaterką była koleżanka po blogu, czyli Agnieszka. Agnieszka wspomniała w reportażu również o swoim blogu (ciekawe jak mocno skoczyła jej liczba wyświetleń?) i powiedziała, że traktuje go jako swój biegowy pamiętnik (albo jakoś tak – nie potrafię sobie teraz przypomnieć jakich dokładnie słów użyła). Ta myśl musiała mi prze kilka dni kołatać się gdzieś po podświadomości, po czym wróciła wraz z refleksją, że przecież ja też tak zaczynałem. A potem trochę mi się to wszystko rozmyło. Wciąż miałem nowe pomysły na tego swojego bloga i odnoszę wrażenie, że zaprowadziło mnie to wszystko w ślepy zaułek (to jedna z warstw wspominanego dołka.

Zatem rzecz jest taka, że postanowiłem wrócić do źródeł (ależ to poważnie brzmi). Więc pewne rzeczy się zapewne zmienią. Inne zaś niekoniecznie. Na pewno nazwa bloga pozostaje aktualna – zamierzam przebiec maraton. Z tym że kolejny, co oczywiste. A co mniej oczywiste (choć nie jest też zaskoczeniem) ten najbliższy zamierzam przebiec w czasie krótszym niż trzy godziny. Zatem żegnam się tradycyjnym Do roboty!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...